Na jubileuszowym, 25. festiwalu „Między wierszami”, z pewnością nie mogło zabraknąć dramatu „Bóg Niżyński” autorstwa Piotra Tomaszuka, inspirowanego „Dziennikami” Wacława Niżyńskiego. Wstrząsający spektakl miał swoją premierę w 2006 r. i od razu zyskał uznanie krytyków oraz widzów.
Przemawiając językiem teatru, po dwudziestu latach legenda i sława genialnego rosyjskiego tancerza polskiego pochodzenia, choreografa i solisty Baletów Rosyjskich Siergieja Diagilewa, który zrewolucjonizował współczesny balet, nadal porusza. Zapiski Niżyńskiego, sporządzone w ciągu sześciu tygodni dzielących ostatni występ publiczny artysty od zamknięcia go w szpitalu psychiatrycznym, stanowią świadectwo i intymny, do bólu szczery obraz rozwijającej się schizofrenii.
Prawdziwy twórca, który wyprzedza swoje czasy, przekracza schematy, pokazując widzom, jak i gdzie można jeszcze dostrzec piękno sztuki, i płaci za to wysoką cenę. Brak możliwości odnalezienia się w społeczeństwie, odrzucenie, psychiczny i fizyczny ból czynią go niezdolnym do życia. Ale przez chwilę był bożyszczem tłumów, szalonym bogiem tańca.
19 stycznia 1919 r. Niżyński wystąpił po raz ostatni. W hotelu Suvretta w szwajcarskiej miejscowości Sankt Moritz stanął przed dwustuosobową publicznością, by zatańczyć „wojnę i śmierć”. Tego samego dnia zaczął pisać „Dziennik” i pisał go nieustannie przez sześć tygodni, a potem niespodziewanie przestał.
Piotr Tomaszuk nie próbuje konstruować kolejnej biografii mistrza. Jego spektakl to zaskakująca seria czasami dłuższych, a czasem migawkowych scen, które opowiadają historię człowieka odczuwającego więcej niż inni. Trudne w lekturze wyznania boga tańca stanowią świadectwo wewnętrznego dramatu, zatem niełatwo je pokazać w teatrze, ale reżyser ze swoim ogromnym wyczuciem wykorzystuje potencjał „Dziennika”.
W przedstawieniu nie widać konkretnej fabuły, ale ma ono swoją logikę i myśl przewodnią. Na scenie pojawia się obłąkany tancerz, który przewodzi innym pacjentom i odprawia panichidę, czyli prawosławne nabożeństwo żałobne za duszę zmarłego właśnie w Wenecji Sergiusza Diagilewa, swego promotora i kochanka. Podczas swoistej spowiedzi artysty geniusza przewijają się wspomnienia błyskotliwej kariery, niezapomnianych kreacji w baletach „Pietruszka”, „Faun”, „Święto wiosny”, a bluźniercze, niemal diaboliczne wypominki przywołują duchy bliskich.
W rolę ekstatycznego artysty wciela się Rafał Gąsowski.
Jakże sugestywnie brzmi w jego ustach każda wypowiadana fraza, wytwór szalonego umysłu. Ta kreacja przybliża legendę gwiazdy, człowieka o charakterze, który nie pozwala na spokojne życie i delektowanie się scenicznymi sukcesami. Gąsowski nie naśladuje baletowych ruchów, ponieważ to on sam jest ruchem, Faunem, Pietruszką. Niżyński, który czuje pokrewieństwo z Bogiem, niemal identyfikuje się z Najwyższym. A wadząc się z nim, przypomina romantycznych bohaterów. Gąsowski gra całym sobą, pokazując, iż linia dzieląca sztukę, rzeczywistość sceniczną, stan genialnego uniesienia i chorobę psychiczną – jest niezwykle cienka.
Z ostrością i ze szczerością bohater powraca do toksycznej relacji ze słynnym twórcą Baletów Rosyjskich. Zaborczość Diagilewa budzi w tancerzu odrazę, ale i erotyczne myśli, obrazy, które kłębią się w głowie. Aktor, zgodnie z zamysłem reżysera, zachowuje chaotyczny i niegramatyczny język, czasem kolokwialny, pełen wulgaryzmów, czasem zadziwiająco „wzniosły”, niczym u kapłana. Wspólnie z pozostałymi aktorami próbuje przybliżyć widzom, a nawet odszyfrować „strumień świadomości”, który miał pomóc artyście dojść do lepszego porozumienia z samym sobą.
Na scenie oglądamy studium nastrojów, charakteru i światopoglądu Niżyńskiego, nacechowane bolesną, momentami wzruszającą otwartością. Uczucie łączące go z oddaną mu żoną, Romolą de Pulszky, często zdaje się zagmatwane i trudne. Dlatego Katarzyna Wolak-Gąsowska w roli oddanej partnerki buduje swoją postać ze szczególną uważnością, wręcz z poświęceniem; urzeka zmysłowością.
W działaniach aktorów Wierszalina znać zarówno nad wyraz silne emocje, jak i mimo wszystko kontrolowany ekshibicjonizm (w innym wypadku uzyskaliby przecież jedynie przerost formy nad treścią). Ich role cechuje też muzyczna wrażliwość i słuch. Dariusz Matys jako Diagilew czaruje brzmieniem i opanowaniem głosu. Magdalena Dąbrowska jako Wariatka Estrella poraża naturalnością, a Jakub Gujda, czyli wariat Narcyz, także ma swoją rangę w tej rzeczywistości. Z kolei chóralny śpiew wszystkich wzbogaca całość, nadaje spektaklowi niezwykły, niemal magiczny klimat.
Dramaturgiczną linię przedstawienia, jego falujący rytm i niezwykłą atmosferę podkreśla wibrująca, nastrojowa muzyka Piotra Nazaruka. Łatwo w niej rozpoznać hipnotyzujące motywy ze „Święta wiosny” Strawińskiego. Scenografia, którą przygotowali Eva Farkasova i Jano Zavarski, podkreśla zaś zjawiskową aurę otaczającą widowisko. Wieloznaczna, bogata w charakterystyczne dla Wierszalina symbole przestrzeń jest elementem spektaklu podobnie istotnym co działania aktorskie (tak było również u Tadeusza Kantora, który od zawsze jest dla Wierszalina punktem odniesienia).
„Bóg Niżyński”, który powrócił na deski supraskiej sceny, nakłania odbiorcę do uważnego patrzenia i słuchania, ponieważ od umiejętności percepcyjnych widza zależy, jak przyjmie ten spektakl. Demaskując bezwzględność sztuki, przedstawienie przepełnia teatr smutkiem i bólem. Jednocześnie przywraca wiarę w moc teatru.
Teatr Wierszalin