Ćwierć wieku „Hamleta” z Legnicy. Historia spektaklu, który nie zszedł ze sceny

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Ćwierć wieku „Hamleta” z Legnicy. Historia spektaklu, który nie zszedł ze sceny

W repertuarze Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy są przedstawienia nowe, kilkuletnie i takie, które zdążyły już zapisać się w historii tej sceny.

Opublikowano: 2026-07-29
fot. archiwum Teatru im. H. Modrzejewskiej w Legnicy

„Hamlet, Książę Danii” Williama Szekspira grany jest od dwudziestu pięciu lat. W tym czasie zmieniały się zespoły aktorskie, dyrektorzy innych teatrów, festiwalowe mody i sposób myślenia o klasyce. Zmieniała się także publiczność. Spektakl pozostał.

30 lipca podczas 30. Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku zostanie pokazany dwukrotnie. Legnicki „Hamlet” wciąż znajduje się w repertuarze Teatru Modrzejewskiej. Nadal wymaga ogromnej logistycznej operacji: przygotowania sceny, rozsypania piętnastu ton piasku, ustawienia drewnianych podestów, uruchomienia efektów pirotechnicznych, udziału licznego zespołu aktorów i statystów oraz muzyków zespołu Kormorany grających na żywo. Trudno wskazać w polskim teatrze drugi spektakl tej skali, który po ćwierć wieku funkcjonowałby jako żywe przedstawienie.

Scena, która zmieniła przedstawienie

Zaczęła się kiedy Jacek Głomb podjął decyzję, że „Hamlet” nie powstanie na scenie przy Rynku, lecz w opuszczonym budynku dawnego Wojewódzkiego Domu Kultury przy ulicy Nowy Świat.

Nie była to decyzja oczywista. Teatr przy Rynku miał własną scenę, zaplecze techniczne i wszystko, czego wymaga klasyczna produkcja. Przeniesienie premiery do nieczynnego od lat budynku dawnego Wojewódzkiego Domu Kultury oznaczało wejście w przestrzeń, która nie została stworzona z myślą o teatrze. Wymagała adaptacji, rozwiązania dziesiątek problemów technicznych, a przede wszystkim odpowiedzi na pytanie, czy widz zaakceptuje zmianę miejsca. Dzisiaj łatwo zapomnieć, że na początku XXI wieku granie w obiektach poprzemysłowych czy opuszczonych budynkach nie było jeszcze teatralną codziennością. W Legnicy był to świadomy wybór artystyczny.

Scena na Nowym Świecie nie miała udawać zamku w Elsynorze. Ślady kolejnych przebudów, odrapane ściany, beton, cegła i stal tworzyły przestrzeń, która sama niosła pamięć minionego wieku. To miejsce pamiętało niemiecką Legnicę, powojenne przemiany miasta i czasy, gdy funkcjonował tu Wojewódzki Dom Kultury. Jacek Głomb nie próbował tej historii przykryć dekoracją, uczynił ją częścią przedstawienia.

Dlatego akcja spektaklu została przeniesiona do roku 2067. Twórcy założyli, że wojna, o której w dramacie wspomina się na początku, już się zakończyła. Elsynor nie jest dworem u szczytu potęgi, lecz państwem próbującym podnieść się po katastrofie. W takim świecie walka o władzę nabiera zupełnie innego znaczenia, toczy się o odbudowanie porządku z tego, co jeszcze ocalało.

Tę decyzję bardzo szybko dostrzegli krytycy. Roman Pawłowski na łamach „Gazety Wyborczej” pisał, że w inscenizacji Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki bohaterowie „próbują z trudem budować na gruzach własny świat”, a dworskie intrygi zamieniają się w brutalną walkę o przetrwanie. Jeszcze ważniejsze wydaje się jednak inne zdanie z tej recenzji. Pawłowski zauważył, że legnicki teatr „poszedł w ślady sztuk wizualnych i zaanektował dla swych celów ruiny”.  W 2001 roku rzeczywiście niewiele scen w Polsce potrafiło tak konsekwentnie podporządkować interpretację dramatu konkretnej przestrzeni.

Widzowie przekonywali się o tym, zanim jeszcze padły pierwsze słowa tekstu Szekspira. Droga na widownię prowadziła przez wnętrza dawnego domu kultury. Leszek Pułka opisywał po premierze, że trzeba było przedzierać się „poprzez zapiaszczone katakumby”, mijając płonące żagwie i prowizoryczne pomosty. Spektakl zaczynał się więc nie w chwili wejścia aktorów na scenę, ale w momencie przekroczenia progu budynku. Publiczność od pierwszych minut uczestniczyła w doświadczeniu świata po katastrofie.

Pierwszym Hamletem został Tomasz Kot. W folderze przygotowanym na premierę przedstawiano go jako legniczanina i studenta czwartego roku krakowskiej PWST. Dzisiaj ten krótki biogram czyta się jak dokument z początku wielkiej kariery. Wówczas nikt nie mógł przewidzieć, że za kilkanaście lat będzie jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów. Podobnie było z wieloma innymi nazwiskami tworzącymi pierwszą obsadę. Z perspektywy czasu afisz z 2001 roku stał się nie tylko dokumentem premiery, ale również zapisem narodzin pokolenia aktorów, które w kolejnych latach współtworzyło polski teatr i kino.

Spektakl, który dorastał z aktorami

Większość przedstawień ma jedną obsadę. Czasem, po kilku sezonach, dochodzi do pojedynczych zmian wymuszonych odejściem aktora lub względami organizacyjnymi. W przypadku legnickiego „Hamleta” było inaczej. Dwudziestopięcioletnia obecność w repertuarze sprawiła, że spektakl zaczął żyć własnym życiem. Kolejne role przechodziły z rąk do rąk, ale przedstawienie nie traciło swojej tożsamości.

Pierwszym Hamletem był Tomasz Kot. Miał za sobą początki pracy w Legnicy i studia w krakowskiej PWST. Nie był jeszcze aktorem, którego nazwisko przyciągało publiczność do kin i teatrów. Był jednym z młodych członków zespołu Jacka Głomba. W materiałach przygotowanych na premierę jego biogram zajmował zaledwie kilka zdań. Dzisiaj ten dokument ma wartość archiwalną.  

Tak zresztą budowany był teatr Jacka Głomba. Legnickie przedstawienia nie powstawały wokół jednej osobowości aktorskiej. Tworzyła je grupa ludzi, którzy pracowali ze sobą przez lata, wracali do kolejnych realizacji, dojrzewali razem z teatrem i razem budowali jego rozpoznawalny styl. Dlatego obok Tomasza Kota na premierowym afiszu znaleźli się Janusz Chabior, Anita Poddębniak, Przemysław Bluszcz, Paweł Palcat, Joanna Gonschorek, Lech Wołczyk, Katarzyna Dworak, Zbigniew Waleryś i wielu innych aktorów, którzy w następnych latach stali się ważnymi postaciami polskiego życia teatralnego i filmowego.

Po odejściu części pierwszej obsady spektakl nie zniknął z repertuaru. To właśnie wtedy rozpoczął się proces, który w teatrze zdarza się niezwykle rzadko. Role zaczęli przejmować następni aktorzy. Hamleta zagrał Radosław Krzyżowski. Po Januszu Chabiorze rolę Poloniusza objął Paweł Wolak. Klaudiuszem po Przemysławie Bluszczu został Robert Gulaczyk, a Gertrudę po Anicie Poddębniak zagrała Ewa Galusińska.

Każdy aktor wnosił własny temperament, własny sposób prowadzenia postaci i własne doświadczenie. W efekcie spektakl pozostawał tym samym przedstawieniem, ale nieustannie się zmieniał. Różnice były czasem subtelne, czasem wyraźne, lecz nigdy nie naruszały konstrukcji zbudowanej przez Jacka Głomba i Krzysztofa Kopkę.

To zjawisko warto odnotować także z innego powodu. Teatr jest sztuką najbardziej nietrwałą ze wszystkich. Film pozostaje zapisany na taśmie lub w pamięci cyfrowej. Książka może być wznawiana przez dziesięciolecia. Spektakl istnieje wyłącznie wtedy, gdy spotykają się aktorzy i publiczność. Każda zmiana obsadowa oznacza więc zmianę samego dzieła. W przypadku legnickiego „Hamleta” takich zmian było wiele, a mimo to przedstawienie zachowało własną tożsamość. To jeden z powodów, dla których jego historia zasługuje na osobny rozdział.

Przedstawienie wracało do repertuaru, było przygotowywane do kolejnych pokazów, dostosowywane do nowych warunków i nowych wykonawców. Dzięki temu nie zamieniło się w rekonstrukcję dawnego sukcesu. Pozostało żywym organizmem, który zmieniał się razem z zespołem.

To właśnie dlatego dzisiejszy widz ogląda nie tylko inscenizację z 2001 roku. Ogląda dwadzieścia pięć lat pracy jednego teatru zapisane w jednym przedstawieniu.

Nie był to tylko kolejny „Hamlet”

Na początku XXI wieku polski teatr nie cierpiał na brak inscenizacji Szekspira. Kolejne sceny regularnie sięgały po jego dramaty, proponując własne interpretacje i wpisując je we współczesne dyskusje o polityce, historii czy kondycji człowieka. Legnicki „Hamlet” nie zwracał więc uwagi samym wyborem tekstu. O jego sile decydowało to, że twórcy nie próbowali za wszelką cenę opowiedzieć Szekspira od nowa. Znaleźli dla niego miejsce, w którym dramat zaczął brzmieć inaczej.

Jacek Sieradzki zwracał uwagę, że nie ogląda klasycznej opowieści o duńskim dworze, lecz historię społeczeństwa po gwałtownym przesileniu, w którym dawny porządek przestał istnieć, a nowy dopiero się rodzi. Z kolei Tomasz Cyz zauważał, że umieszczenie akcji w roku 2067 nie jest futurystyczną dekoracją, lecz sposobem opowiedzenia o świecie pozbawionym stabilności i pamięci.

Te głosy warto dziś przypomnieć nie dlatego, że potwierdzają rangę spektaklu. Są świadectwem sposobu, w jaki został odczytany w chwili premiery. Krytycy zwracali uwagę przede wszystkim na konsekwencję, z jaką przestrzeń, muzyka, kostiumy i aktorstwo podporządkowane zostały jednej wizji.

W legnickim „Hamlecie” nie sposób było oddzielić scenografii od dramaturgii, muzyki od rytmu scen, światła od architektury budynku. Wszystkie elementy pracowały na wspólny efekt. Widz wchodził do świata, który od pierwszych minut miał własne reguły.

Dużą rolę odgrywała w tym muzyka zespołu Kormorany. Nie pełniła funkcji ilustracyjnej. Nie pojawiała się po to, by podkreślić emocje bohaterów. Była jednym z elementów organizujących przedstawienie. Raz budowała napięcie, innym razem wyznaczała rytm scen zbiorowych, by za chwilę niemal całkowicie ustąpić miejsca ciszy. Recenzenci zwracali uwagę, że właśnie dzięki temu spektakl unikał monotonii. Obok scen brutalnych pojawiały się momenty wyciszenia, a po gwałtownych konfliktach następowały obrazy niemal kontemplacyjne. To tempo – zmienne, świadomie prowadzone sprawiało, że ponadtrzygodzinne przedstawienie nie rozpadało się na luźne epizody.

Nie bez znaczenia pozostawał także rozmach realizacyjny. Piętnaście ton piasku rozsypanego we wnętrzu dawnego domu kultury, wielopoziomowa konstrukcja drewnianych podestów, ogień, dym, żywa muzyka i liczny zespół aktorski nie były efektem zamiłowania do widowiskowości. Wszystkie te elementy podporządkowano jednej myśli – pokazaniu świata, który utracił dawny porządek i dopiero próbuje odnaleźć nowy.

Powroty do Gdańska

Pokaz „Hamleta, Księcia Danii” podczas 30. Festiwalu Szekspirowskiego można oczywiście potraktować jako wydarzenie jubileuszowe. Spektakl obchodzi dwudziestopięciolecie, festiwal świętuje trzydziestą edycję. Na tym podobieństwa jednak się nie kończą. Historia legnickiego teatru i historia gdańskiego festiwalu od dawna biegną równolegle.

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej pojawił się na Festiwalu Szekspirowskim już w latach dziewięćdziesiątych, kiedy wydarzenie dopiero budowało swoją pozycję. W 1996 roku przywiózł „Jak wam się podoba”, przedstawienie nagrodzone później tytułem najlepszego spektaklu festiwalu. Trzy lata później podobne wyróżnienie zdobył „Koriolan”, potwierdzając, że legnicki zespół nie jest jednorazowym odkryciem, lecz jednym z najciekawszych teatrów sięgających po dramaty Szekspira.

Kolejne lata przynosiły następne spotkania. W Gdańsku pokazywano „Sen Szekspira”, „Portową opowieść”, „Otella”, „Kochanków z Werony”, a przed rokiem także „Juliusza Cezara”. Z perspektywy trzech dekad widać wyraźnie, że obecność Legnicy stała się jednym z trwałych elementów historii tego przedsięwzięcia.

Kategorie:


Cytat Dnia

„Spektakl jest mroczny nie tylko w sensie metaforycznym. Także całkiem dosłownie: na scenie jest bardzo ciemno”

Przemek Gulda o spektaklu „bedziesz ze mną chodzic?”, reż. Ewa Platt; Instagram/guldapoleca, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL