Kiedy myślimy o starości, najczęściej powtarzamy banały. Wiemy, że jest nieuchronna, że nie można zatrzymać czasu. Ta wiedza wydaje się oczywista, dopóki dotyczy innych. Znaczenia nabiera dopiero wtedy, gdy zaczynamy rozpoznawać ją we własnym życiu, w małych drobiazgach.
Coraz częściej zapisujemy hasła i kody, coraz trudniej przypominamy sobie nazwisko aktora, którego przecież znamy od lat, coraz ostrożniej planujemy dzień, bo ciało zaczyna się domagać własnego rytmu. To właśnie z takich pozornie nieistotnych doświadczeń Katarzyna Sobczuk zbudowała „Małą empirię” – niewielką książkę, która swoją siłę czerpie nie z objętości, lecz z uważności wobec codzienności.
Anna Ilczuk bardzo dobrze wyczuła charakter tego tekstu. Nie znajdziemy tu efektownych rozwiązań inscenizacyjnych . Rozpoczyna spektakl prostym gestem, Ewelina Żak pokazuje widzom kartki ze swoim wiekiem. Na widowni pojawia się śmiech. Nie jest to jednak śmiech z metryki ani z czyjejś szczerości. To reakcja ludzi, którzy natychmiast się orientują, że za chwilę rozmowa będzie dotyczyła ich samych.
To otwarcie dobrze określa ton przedstawienia. Ilczuk nie zamierza prowadzić widza przez kolejne etapy starzenia się ani tworzyć teatralnego wykładu o przemijaniu. Znacznie bardziej interesuje ją moment uświadomienia sobie własnego wieku. Chwila, w której człowiek odkrywa, że przestał patrzeć na starość jak na odległą perspektywę. Sobczuk trafnie nazwała ten stan „oknem pogodowym między młodością a starością”. Nie jesteśmy już młodzi, ale jeszcze nie potrafimy powiedzieć o sobie „stary”. To właśnie ta przestrzeń niepewności staje się właściwym tematem „Małej empirii”.
Monodram jest jedną z najbardziej wymagających form teatralnych. Wszystko zależy od jakości tekstu i od aktora. Nie ma partnerów, za których można się schować, nie ma rozbudowanych scen zbiorowych ani gwałtownych zmian akcji. Ilczuk przyjmuje te ograniczenia z pełną świadomością. Dzięki temu przedstawienie zachowuje kameralny charakter, a uwaga widza od pierwszych minut skupia się na słowie.
Ewelina Żak znakomicie odnajduje się w tej konwencji. Jest raczej przewodniczką po doświadczeniach, które wielu widzów rozpoznaje. Mówi z dużą swobodą, czasem z ironią, czasem z czułością, nigdy jednak nie popada w sentymentalizm. Jej obecność na scenie przypomina rozmowę prowadzoną z kimś, kto nie udaje wszechwiedzy, ale potrafi nazwać rzeczy, o których zwykle mówi się półgłosem.
To rozpoznanie prowadzi jednak znacznie dalej niż do prostego stwierdzenia, że wszyscy się starzejemy. Starość ma przecież wiele wymiarów. Najłatwiej dostrzec ten biologiczny. Zdecydowanie trudniej zauważyć starość psychiczną. Nie zawsze wiąże się ona z metryką. Bywa postawą wobec świata. Objawia się utratą ciekawości, przekonaniem, że wszystko, co ważne, już się wydarzyło, niechęcią do zmian i zamknięciem na nowe doświadczenia.
Najbardziej bolesna wydaje się jednak starość społeczna. O niej mówi się zdecydowanie najrzadziej. Człowiek stopniowo traci role, które przez dziesięciolecia określały jego miejsce w świecie. Dzieci przestają potrzebować rodziców w taki sposób jak wcześniej. Kończy się aktywność zawodowa. Krąg znajomych staje się coraz mniejszy.
To właśnie ten aspekt starości najcelniej opisywała Simone de Beauvoir. W swojej fundamentalnej książce „Starość” pokazywała, że społeczeństwa nowoczesne uczyniły z ludzi starszych grupę niemal niewidzialną. Paradoks polega na tym, że każdy chce żyć długo, ale nikt nie chce być stary. W kulturze zafascynowanej młodością starość staje się czymś, co należy ukryć, usunąć z pola widzenia. Nie przypadkiem przemysł kosmetyczny i medycyna estetyczna obiecują dziś nie tyle zdrowie, ile zatrzymanie czasu. Instagram, reklamy i kultura celebrytów utwierdzają nas w przekonaniu, że twarz powinna wyglądać młodziej od metryki, a ciało nie ma prawa zdradzać wieku. W rezultacie starzenie przestaje być naturalnym etapem życia i zaczyna być traktowane jak porażka.
O sile przedstawienia decyduje również to, że Anna Ilczuk nie próbuje ilustrować każdego fragmentu tekstu. Współczesny teatr często nie ufa słowu. Zamiast pozwolić mu wybrzmieć, obudowuje je obrazami, projekcjami, muzyką i ruchem. Tutaj jest odwrotnie. Reżyserka pozostawia aktorce przestrzeń, a widzowi czas na refleksję. To decyzja wymagająca odwagi, bo oznacza rezygnację z łatwych efektów.
Schopenhauer pisał, że pierwsze czterdzieści lat życia dostarcza tekstu, a następnych trzydzieści jest jego komentarzem. Przeszłość staje się narzędziem rozumienia teraźniejszości.
W spektaklu ta perspektywa jest bardzo wyraźna. Sobczuk wraca do wydarzeń, które z dzisiejszego punktu widzenia nabierają innego znaczenia. To, co kiedyś wydawało się nieistotnym epizodem, po latach okazuje się początkiem procesu. Dopiero z odpowiedniego dystansu można zobaczyć własną biografię jako całość.
Gdy oglądałam „Małą empirię”, wracała też do mnie modlitwa przypisywana św. Tomaszowi z Akwinu ze swoją prośbą o pogodę ducha, o zachowanie życzliwości wobec ludzi, o umiejętność słuchania, o dystans do samego siebie i o to, by nie stać się ciężarem dla innych.
To jednak kraj dla starych ludzi. „Mała empiria” przypomina o tym z prostotą, mądrością i czułością, które w teatrze spotyka się rzadko. A jeszcze rzadziej spotyka się przedstawienia, po których wychodzi się z poczuciem, że odbyło się ważną rozmowę o własnym życiu.
Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza