„Czy wy nie widzicie, ze to wszystko nie jest to? To tylko udawanie. Prawdą jest tylko to, że mój garb wrasta w tamtą ścianę”. /Witkacy, „Nowe wyzwolenie”/.
Wakacje – to czas na pełny oddech, także od sztuki, choć to przewrotne myślenie idealnie mogłoby wpisywać się nie tylko w jej apoteozę, lecz jednocześnie kpinę z jej dumy. Gdy mocno świeci słońce, odpoczywamy od sztuki ambitnej – ta jednak dzielnie nie daje za wygraną i kusi nas, bierze na lep, nawet gdy prezentujący ją często artyści stają się jej zarówno symultanicznymi kapłanami, jak i błaznami.
Od półwiecza takim statusem sztuki w polskim teatrze włada choćby w monodramie Bogusława Schaeffera „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” mistrz Jan Peszek, ale niewiele krócej i w równym tempie dorównuje mu kroku na monodramicznych scenach Ziuta Zającówna (dr hab. Józefa Jamróz-Zając) – aktorka, reżyserka oraz wykładowczyni Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie.
I tak oto w połowie lipca, dzięki Katedrze Teorii Literatury i Komparatystyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w ramach Letniej Akademii Literacko-Teatralnej Kontakt ze Sztuką i projektu „Piernik z solą 2. Toruńsko-drohobyckie spotkania literackie (wokół korespondencji sztuk)” – jego uczestnicy i publiczność miała okazję obejrzeć wielokrotnie nagradzany monodram Ziuty Zającówny z 1994 r., oparty na tekście „Manifestu” – teoretycznego wykładu dotyczącego Teorii Czystej Formy w sztuce S. I. Witkiewicza.
Jako że Ziutę Zającównę zupełnie nie interesuje monolog postaci w monodramie, lecz raczej szamańskie kreowanie rzeczywistości, publiczność zgromadzona w wypełnionym egzotyczną roślinnością patio Interdyscyplinarnego Centrum Nowoczesnych Technologii przeniosła się z aktorką w świat psychologicznie nieprawdopodobny, zawieszony w narracji gdzieś pomiędzy sprzecznościami wieku, logiki zdarzeń a statusu społecznego kreowanych przez nią bohaterów. Idealnie, jak przystało na wakacje i… Teorię Czystej Formy Witkacego.
W swoim monodramie z wykorzystaniem wierszy, fragmentów prozy z „Niemytych dusz”, fragmentu dramatu „Kurka wodna” i jednoaktówki „Negatyw szkicu” – Ziuta Zającówna w Witkacowskim duchu i niczym afrykańscy tancerze-szamani nie prezentuje „historii” w sensie klasycznym, lecz przede wszystkim mechanizmy napięcia. Jej postaci często działają jak figury, które ścierają się z sobą, zamiast rozwijać swoje psychologiczne portrety.
W rytmie, obrazie, aktorka celowo rozbija logikę wydarzeń, bo właśnie tam kryje się sens zawarty w Teorii Czystej Formy. Przez pauzę i deformację, przez tempo i fizyczną obecność, Zającówna nie musi tłumaczyć wszystkiego słowami, ale potrafi zbudować własną plastykę i atmosferę w opowieści. Idąc w stronę ostrej groteski i mocnego aktorstwa, stawia nie tylko na kompozycję obrazu, przedmioty i absurdalny dystans – ciężar gry przesuwając mocno w ruch, tempo i fizyczną obecność.
W samej formie artystycznej, jako autonomicznej wartości (niezależnej od realistycznego odwzorowania rzeczywistości), aktorka napięcie w swoim monodramie przenosi z psychologii w groteskę, z katastrofy w farsę i z dystynkcji w grymas – te sceniczne znaki stają się silnikiem języka jej postaci bohaterek, bohaterów, stawianych ponadto co rusz na głowie. Dzięki tym scenicznym znakom, dzięki ciągłym przeobrażeniom w spektaklu nie musi tłumaczyć wszystkiego słowami, ale buduje własną plastykę i atmosferę, stanowiącą podstawę ontologii Witkacego. Smakowita rola. I nie zgodzę się zupełnie ze zdaniem Jerzego Koeniga: „Co jest gorszego od aktora grającego teatr jednego aktora – tylko aktorka”…
We fragmencie „Niemytych dusz” Zającówna proponuje widzom psychoanalizę, jako narzędzie ocalenia przed nadciągającym kataklizmem, a w „Kurce wodnej” krzyczy za tym, co odchodzi czy odeszło… „Nie ma na świecie istoty bardziej zakłamanej na temat swego stanowiska i znaczenia w czasoprzestrzennym kontinuum świata jak przeciętny Polak” – diagnozował autor „Szewców”. W 1921 r., gdy Witkacy pisał „Kurkę…”, naród był nie tylko pogruchotany wojnami, ale i rozłupany na części, podobnie jak sto lat później – wielu przydałyby się zatem nie tylko prysznic przed wakacyjnym upałem, ale i porządne „szorowanie dusz”.