Fabryka snów czy fabryka koszmarów?
O spektaklu „Żywot i śmierć Pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia” Ishbel Szatrawskiej w reż. Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku pisze Magda Mielke.
fot. Natalia Kabanow
O spektaklu „Żywot i śmierć Pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia” Ishbel Szatrawskiej w reż. Adama Orzechowskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku pisze Magda Mielke.
fot. Natalia Kabanow
W najnowszej premierze Teatru Wybrzeże Adam Orzechowski sięga po dramat Ishbel Szatrawskiej „Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia” – tekst niezwykle pojemny, rozpisany między historię emigracji, doświadczenie Zagłady, opowieść o wykluczeniu, a zarazem przewrotną dekonstrukcję mitu amerykańskiego snu. Reżyser nie próbuje jednak znaleźć dla tej różnorodności wspólnego rytmu. Zamiast konsekwentnie prowadzonej opowieści proponuje spektakl rozpięty między estetycznymi i emocjonalnymi skrajnościami, w którym kampowa gra konwencjami ściera się z ambicją stworzenia poruszającego dramatu o pamięci, tożsamości i wykluczeniu.
Gdyby amerykański sen dało się zamknąć w jednej kinowej kliszy, byłby to prawdopodobnie kadr z hollywoodzkiego westernu: dzielny kowboj odjeżdża w stronę zachodzącego słońca, zostawiając w tyle wszelkie troski. Co jednak, jeśli pod kowbojskim kapeluszem kryje się uciekinier z łódzkiego getta, ocalały z Auschwitz homoseksualista, który zamiast upragnionej wolności trafia wprost w tryby makkartystowskiej paranoi lat pięćdziesiątych?
Tytułowy Hersh Libkin (w tej roli momentami nieco wycofany Piotr Biedroń) jest polskim Żydem, który w Kalifornii próbuje rozpocząć nowe życie – odnaleźć swoje miejsce w świecie i spełnić marzenie o karierze. Opowieść Szatrawskiej daleka jest jednak od historii sukcesu. Śledzi los człowieka naznaczonego traumą, uwikłanego w pamięć, historię i nieustanne poszukiwanie własnej tożsamości. Jego droga prowadzi między wspomnieniem Europy, doświadczeniem emigracji a fascynującą, lecz zarazem bezwzględną machiną amerykańskiej popkultury.
Sceniczny świat przypomina wielką fabrykę snów – pełną hollywoodzkich klisz, popkulturowych symboli i efektownych obrazów. W tej przestrzeni amerykańska mitologia zostaje poddana nieustannej rewizji. Reżyser prowadzi widza przez kolejne dekady historii Stanów Zjednoczonych, od powojennego optymizmu po atmosferę podejrzliwości i politycznych napięć, pokazując, że za błyszczącą fasadą sukcesu kryją się lęk, samotność i przemoc symboliczna.
Tekst Szatrawskiej to literacki samograj, ale i ogromne reżyserskie wyzwanie. Łączy w sobie tak wiele porządków – od kina noir i hollywoodzkiego blichtru, przez epicką opowieść biograficzną, aż po bolesne rozliczenie z demonami przeszłości – że próba ujednolicenia tej materii na scenie jest wyzwaniem.
Orzechowski buduje swoje przedstawienie na dwóch skrajnych rejestrach, które nie zawsze układają się w przekonującą całość. Pierwszy akt przypomina rozbuchaną, kampową opowieść – pełną przerysowanych postaci, groteski, humoru i efektownych scenicznych atrakcji. Dużo się dzieje, kolejne obrazy następują po sobie ze sporą dynamiką, a spektakl zdaje się czerpać energię z estetyki nadmiaru. Ta teatralna zabawa bywa momentami atrakcyjna, ale jednocześnie oddala widza od bohaterów, którzy funkcjonują bardziej jako figury czy symbole niż pełnokrwiste postaci.
Całość zostaje ujęta w ramę narracyjną, w której córki Hersha opowiadają i wprowadzają widzów w kolejne etapy spektaklu. To niezrozumiała, bardzo szkolna formuła, która niepotrzebnie dystansuje i infantylizuje gęstą opowieść Szatrawskiej, zamiast organicznie ją spajać.
W drugiej części następuje gwałtowna zmiana tonu. Kamp ustępuje miejsca emocjonalnej deklaratywności, a miejsce widowiskowości zajmują kolejne monologi i konfrontacje obciążone ogromnym ładunkiem afektów. Problem w tym, że ciężar tych napięć wydaje się słabo przygotowany dramaturgicznie. Bohaterowie nagle zaczynają krzyczeć, wyznawać, rozliczać się z przeszłością, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że intensywność ich przeżyć nie wynika z tego, co wcześniej zobaczyliśmy na scenie. Emocje pojawiają się jakby z zewnątrz, narzucone przez konstrukcję spektaklu, a nie wypracowane przez rozwój postaci. To zresztą jeden z największych problemów tej realizacji. Bohaterowie Orzechowskiego są zaskakująco płascy – brakuje im wewnętrznych napięć, które budowałyby ich indywidualność i sprawiały, że ich los rzeczywiście angażuje widza. W efekcie nawet najważniejsze wydarzenia z ich biografii nie zawsze przekładają się na pogłębione doświadczenie emocjonalne. Spektakl próbuje wzruszać i poruszać wielkimi tematami, ale zbyt często operuje emocją zadeklarowaną zamiast przeżytą.
Choć Libkin został pomyślany jako postać rozpięta między wieloma porządkami tożsamościowymi, spektakl nie pozwala im wybrzmieć z należytą siłą. Żydowskie pochodzenie, doświadczenie emigracji czy seksualność pozostają raczej kolejnymi tematami opowieści niż elementami budującymi złożony portret bohatera. W rezultacie Libkin częściej funkcjonuje jako nośnik idei niż pełnokrwista postać.
Na pochwałę zasługuje natomiast warstwa wizualna i sprawność realizacyjna poszczególnych scen. Scenografia Magdaleny Gajewskiej tworzy przestrzeń zawieszoną między Hollywood a miejscem pamięci, w której na szczególną uwagę zasługuje sugestywna, plastyczna scena pożaru makiety imitującej wioskę Komanczów. Świetnie wypada również bardzo filmowa, wysmakowana i zniuansowana scena zbliżenia damsko-męskiego, która na chwilę przełamuje wszechobecny sceniczny chaos i wnosi do spektaklu tak rzadką w nim intymność. Niestety te pojedyncze udane sekwencje i sprawność techniczna zespołu aktorskiego nie są w stanie uratować całości przed dramaturgicznym rozwarstwieniem. Rozmach inscenizacyjny ostatecznie zdominował emocjonalny wymiar historii, a wielość wątków sprawiła, że otrzymaliśmy spektakl powierzchowny w swojej publicystycznej wymowie.
„Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia” w Teatrze Wybrzeże okazuje się ostatecznie realizacją niespełnioną. Adam Orzechowski stworzył widowisko bezpieczne, które gubi drapieżność oryginału w ramionach szkolnych chwytów i niespójnej tonacji.
„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.