W najnowszej premierze Teatru Wybrzeże Adam Orzechowski sięga po dramat Ishbel Szatrawskiej „Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia” – tekst niezwykle pojemny, rozpisany między historię emigracji, doświadczenie Zagłady, opowieść o wykluczeniu, a zarazem przewrotną dekonstrukcję mitu amerykańskiego snu. Reżyser nie próbuje jednak znaleźć dla tej różnorodności wspólnego rytmu. Zamiast konsekwentnie prowadzonej opowieści proponuje spektakl rozpięty między estetycznymi i emocjonalnymi skrajnościami, w którym kampowa gra konwencjami ściera się z ambicją stworzenia poruszającego dramatu o pamięci, tożsamości i wykluczeniu.
Gdyby amerykański sen dało się zamknąć w jednej kinowej kliszy, byłby to prawdopodobnie kadr z hollywoodzkiego westernu: dzielny kowboj odjeżdża w stronę zachodzącego słońca, zostawiając w tyle wszelkie troski. Co jednak, jeśli pod kowbojskim kapeluszem kryje się uciekinier z łódzkiego getta, ocalały z Auschwitz homoseksualista, który zamiast upragnionej wolności trafia wprost w tryby makkartystowskiej paranoi lat pięćdziesiątych?
Tytułowy Hersh Libkin (w tej roli momentami nieco wycofany Piotr Biedroń) jest polskim Żydem, który w Kalifornii próbuje rozpocząć nowe życie – odnaleźć swoje miejsce w świecie i spełnić marzenie o karierze. Opowieść Szatrawskiej daleka jest jednak od historii sukcesu. Śledzi los człowieka naznaczonego traumą, uwikłanego w pamięć, historię i nieustanne poszukiwanie własnej tożsamości. Jego droga prowadzi między wspomnieniem Europy, doświadczeniem emigracji a fascynującą, lecz zarazem bezwzględną machiną amerykańskiej popkultury.
Sceniczny świat przypomina wielką fabrykę snów – pełną hollywoodzkich klisz, popkulturowych symboli i efektownych obrazów. W tej przestrzeni amerykańska mitologia zostaje poddana nieustannej rewizji. Reżyser prowadzi widza przez kolejne dekady historii Stanów Zjednoczonych, od powojennego optymizmu po atmosferę podejrzliwości i politycznych napięć, pokazując, że za błyszczącą fasadą sukcesu kryją się lęk, samotność i przemoc symboliczna.
Tekst Szatrawskiej to literacki samograj, ale i ogromne reżyserskie wyzwanie. Łączy w sobie tak wiele porządków – od kina noir i hollywoodzkiego blichtru, przez epicką opowieść biograficzną, aż po bolesne rozliczenie z demonami przeszłości – że próba ujednolicenia tej materii na scenie jest wyzwaniem.
Orzechowski buduje swoje przedstawienie na dwóch skrajnych rejestrach, które nie zawsze układają się w przekonującą całość. Pierwszy akt przypomina rozbuchaną, kampową opowieść – pełną przerysowanych postaci, groteski, humoru i efektownych scenicznych atrakcji. Dużo się dzieje, kolejne obrazy następują po sobie ze sporą dynamiką, a spektakl zdaje się czerpać energię z estetyki nadmiaru. Ta teatralna zabawa bywa momentami atrakcyjna, ale jednocześnie oddala widza od bohaterów, którzy funkcjonują bardziej jako figury czy symbole niż pełnokrwiste postaci.
Całość zostaje ujęta w ramę narracyjną, w której córki Hersha opowiadają i wprowadzają widzów w kolejne etapy spektaklu. To niezrozumiała, bardzo szkolna formuła, która niepotrzebnie dystansuje i infantylizuje gęstą opowieść Szatrawskiej, zamiast organicznie ją spajać.
W drugiej części następuje gwałtowna zmiana tonu. Kamp ustępuje miejsca emocjonalnej deklaratywności, a miejsce widowiskowości zajmują kolejne monologi i konfrontacje obciążone ogromnym ładunkiem afektów. Problem w tym, że ciężar tych napięć wydaje się słabo przygotowany dramaturgicznie. Bohaterowie nagle zaczynają krzyczeć, wyznawać, rozliczać się z przeszłością, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że intensywność ich przeżyć nie wynika z tego, co wcześniej zobaczyliśmy na scenie. Emocje pojawiają się jakby z zewnątrz, narzucone przez konstrukcję spektaklu, a nie wypracowane przez rozwój postaci. To zresztą jeden z największych problemów tej realizacji. Bohaterowie Orzechowskiego są zaskakująco płascy – brakuje im wewnętrznych napięć, które budowałyby ich indywidualność i sprawiały, że ich los rzeczywiście angażuje widza. W efekcie nawet najważniejsze wydarzenia z ich biografii nie zawsze przekładają się na pogłębione doświadczenie emocjonalne. Spektakl próbuje wzruszać i poruszać wielkimi tematami, ale zbyt często operuje emocją zadeklarowaną zamiast przeżytą.
Choć Libkin został pomyślany jako postać rozpięta między wieloma porządkami tożsamościowymi, spektakl nie pozwala im wybrzmieć z należytą siłą. Żydowskie pochodzenie, doświadczenie emigracji czy seksualność pozostają raczej kolejnymi tematami opowieści niż elementami budującymi złożony portret bohatera. W rezultacie Libkin częściej funkcjonuje jako nośnik idei niż pełnokrwista postać.
Na pochwałę zasługuje natomiast warstwa wizualna i sprawność realizacyjna poszczególnych scen. Scenografia Magdaleny Gajewskiej tworzy przestrzeń zawieszoną między Hollywood a miejscem pamięci, w której na szczególną uwagę zasługuje sugestywna, plastyczna scena pożaru makiety imitującej wioskę Komanczów. Świetnie wypada również bardzo filmowa, wysmakowana i zniuansowana scena zbliżenia damsko-męskiego, która na chwilę przełamuje wszechobecny sceniczny chaos i wnosi do spektaklu tak rzadką w nim intymność. Niestety te pojedyncze udane sekwencje i sprawność techniczna zespołu aktorskiego nie są w stanie uratować całości przed dramaturgicznym rozwarstwieniem. Rozmach inscenizacyjny ostatecznie zdominował emocjonalny wymiar historii, a wielość wątków sprawiła, że otrzymaliśmy spektakl powierzchowny w swojej publicystycznej wymowie.
„Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia” w Teatrze Wybrzeże okazuje się ostatecznie realizacją niespełnioną. Adam Orzechowski stworzył widowisko bezpieczne, które gubi drapieżność oryginału w ramionach szkolnych chwytów i niespójnej tonacji.
Teatr Wybrzeże