„Czyż nie dobija się koni?” Wojtka Rodaka to spektakl, który bardzo łatwo oskarżyć o nadmiar, rozwleczenie, monotonię czy przebodźcowanie. Tyle że właśnie w tym – moim zdaniem – tkwi jego największa siła. To nie jest przedstawienie, które chce widza zabawiać. Ono chce go zmęczyć. Chce, byśmy fizycznie odczuli to samo wyczerpanie, które staje się udziałem bohaterów. I dlatego zupełnie nie zgadzam się z opiniami, że trzygodzinny czas trwania jest wyłącznie wadą. W tym przypadku długość staje się świadomym środkiem artystycznym.
Rodak nie opowiada przecież historii o efektownym tańcu ani o telewizyjnym widowisku. Opowiada o świecie, w którym człowiek został sprowadzony do nieustannej produktywności. Tu nie chodzi o widowiskowość rave’u, ale o jego mechaniczną powtarzalność. O rytm, który przestaje być przyjemnością, a staje się przemocą. Krytycy narzekający, że bohaterowie „drepczą”, że akcja „stoi w miejscu”, zdają się pomijać fakt, że właśnie o tym jest ten spektakl – o utknięciu. O niemożności wyjścia z systemu, który każe być stale w ruchu, choć ten ruch prowadzi donikąd.
Najciekawsze w tej realizacji jest dla mnie to, że Rodak odchodzi od dosłownego przepisywania McCoya. Nie próbuje robić muzealnej rekonstrukcji Wielkiego Kryzysu. Przenosi historię do świata współczesnego i robi to bardzo świadomie. Zarzut, że pojawia się influencerka czy dzieci bogaczy, wydaje mi się nietrafiony. Dzisiejszy wyścig społeczny nie dotyczy już wyłącznie biedy ekonomicznej. Dotyczy również presji widzialności, konieczności nieustannego budowania własnej marki, życia pod spojrzeniem innych. W tym sensie „Rave to the Grave” staje się metaforą współczesności dużo bardziej trafną, niż gdyby twórcy jedynie kopiowali realia lat trzydziestych.
To spektakl o pokoleniu, które panicznie boi się zatrzymania. O ludziach wychowanych w przekonaniu, że trzeba stale produkować siebie – swoje ciało, emocje, wizerunek, atrakcyjność, sukces. Bohaterowie Rodaka tańczą nie dlatego, że wierzą jeszcze w nagrodę. Tańczą dlatego, że nie umieją przestać. I właśnie dlatego monotonia przedstawienia działa tak przejmująco. Po pewnym czasie widz zaczyna doświadczać tego samego otępienia, które ogarnia uczestników maratonu.
Mam też wrażenie, że część recenzentów niesłusznie potraktowała niedoskonałości przedstawienia jako jego kompromitację. Tymczasem ten świat miał być rozchwiany, zmęczony, nieidealny. To nie jest perfekcyjnie wyreżyserowany telewizyjny show, lecz rzeczywistość ludzi będących na granicy fizycznej i psychicznej wydolności. Rozjeżdżający się momentami ruch, chwilami niesynchronizowany taniec czy techniczne szorstkości nie tyle przeszkadzają, ile budują poczucie rozpadu i utraty kontroli. W tym przedstawieniu wszystko jest już lekko zużyte: ciała, emocje, relacje, język.
Ogromnym atutem spektaklu pozostaje również jego przestrzeń. Hala telewizyjna łódzkiej Filmówki nie udaje teatru – staje się integralną częścią opowieści. Publiczność siedząca wokół parkietu sama zaczyna przypominać uczestników medialnego eksperymentu. Patrzymy na bohaterów, ale jednocześnie jesteśmy oglądani przez innych widzów. Rodak bardzo sprytnie pokazuje, że współczesny spektakl społeczny działa w obie strony – dziś wszyscy jesteśmy jednocześnie performerami i publicznością.
Bardzo dobrze wypada także zespół aktorski. Wbrew niektórym opiniom nie widziałem tu „bezradnych studentów”. Wręcz przeciwnie – zobaczyłem grupę młodych ludzi, którzy weszli w ten projekt całym sobą, również fizycznie. To jeden z tych dyplomów, w których ciało aktora naprawdę pracuje, a zmęczenie nie jest udawane. Szczególnie mocno wybrzmiewa Błażej Szymański jako Rocky – hipnotyczny konferansjer, jednocześnie uwodzicielski i przerażający. Ale warto docenić też role bardziej wyciszone: Piotra Tulei, Samuela Drobisza czy Oliwii Heleny Zajdler. Ich bohaterowie nie są psychologicznymi „pełnymi portretami” – są raczej ludźmi stopniowo rozpadającymi się pod ciężarem oczekiwań.
Dużą siłą tego przedstawienia jest również to, że nie daje widzowi komfortowego dystansu. Nie pozwala bezpiecznie oceniać bohaterów z pozycji kogoś stojącego z boku. Widz bardzo szybko zaczyna rozumieć mechanizm, który ich napędza. W świecie nieustannej rywalizacji każdy przecież w jakimś stopniu uczestniczy w podobnym maratonie: pracy, autopromocji, obecności w mediach społecznościowych, ciągłego udowadniania własnej wartości. Dlatego ten spektakl działa najmocniej nie wtedy, gdy opowiada o reality show, ale wtedy, gdy przestaje być wyłącznie opowieścią o telewizyjnym programie, a zaczyna przypominać rzeczywistość dobrze znaną z codziennego życia.
I może właśnie dlatego ten spektakl zostaje w głowie. Nie dlatego, że wszystko działa w nim idealnie. Przeciwnie – dlatego, że jest niewygodny, chwilami męczący, nadmierny i duszny. Dokładnie taki jak świat, o którym opowiada.
„Czyż nie dobija się koni?” nie jest efektowną teatralną petardą ani modnym przedstawieniem, które można skonsumować jak kolejny serial o „trudnym pokoleniu”. To raczej doświadczenie wyczerpania. Spektakl, którego nie tyle się ogląda, ile przechodzi przez własne ciało. I właśnie dlatego uważam go za jeden z ciekawszych i bardziej uczciwych głosów tegorocznego Festiwalu Szkół Teatralnych.
AST Kraków