Ewa Platt w Teatrze Narodowym mierzy się z prozą noblistki Olgi Tokarczuk, serwując spektakl gęsty od emocji i wizualnych metafor. Prowadzi nas przez opowieść, w której granica między sprawiedliwością a odwetem okazuje się niebezpiecznie cienka.
Dominika Kluźniak jako Janina Duszejko przez cały dwugodzinny spektakl niemal nie schodzi ze sceny. Jest na niej obecna jeszcze zanim na widowni zgasną światła. Widać w niej skupienie, nerwowy oddech. To nie aktorska trema, lecz stan bohaterki, która przygotowuje się do konfrontacji z miejscową policją, choć wie, że jej głos nie zostanie wysłuchany. Ten początek wyznacza ramy dla tej znakomicie skonstruowanej roli. Duszejko w wykonaniu Kluźniak nie jest ani fanatyczną ekolożką, ani „szaloną” staruszką. Jest w niej spokój, pewność własnych przekonań i świadomość swojego miejsca we wszechświecie. Jest poczucie, że w rzeczywistości, w której ludzie zabijają zwierzęta dla rozrywki, ktoś musi upomnieć się o inny – metafizyczny – porządek. Jest też dojmująca samotność i kruchość, która szczególnie wyraźnie ujawnia się w momencie otrzymania śmiertelnej diagnozy. Wreszcie jest aura tajemniczości, prowadząca tych, którzy powieści Tokarczuk nie znają, do zaskakującej puenty.
Adaptacja, którą Platt przygotowała wspólnie z Miłoszem Markiewiczem, nie traktuje wątku kryminalnego jako głównej osi narracyjnej. W spektaklu, w którym porządek chronologiczny jest pomieszany, nie interesuje nas odpowiedź na pytanie, kto zabił i dlaczego. Dużo ciekawsza jest opowieść o samej zbrodni w podwójnym wymiarze (tej popełnianej na zwierzętach i tej, której ofiarami stają się ludzie) oraz o zemście, która utożsamia się z karą. Duszejko, przypisując zwierzętom ludzką zdolność do odczuwania zawiści, mówi o własnej krzywdzie i potrzebie odwetu za śmierć ukochanych psów. Kluźniak nie broni ani nie usprawiedliwia swojej bohaterki, ale z dużą dozą czułości próbuje ją zrozumieć.
Zbudowanie takiej postaci w przypadku tego spektaklu to zadanie podwójnie trudne. Nie tylko ze względu na nielinearną strukturę opowieści, ale także na przestrzeń, jaką reżyserka przygotowała we współpracy ze scenografką Anną Rogóż. Duża scena Teatru Narodowego została przekształcona w intymne i kameralne pole gry. Nie ma rampy. Widzowie zostali posadzeni na scenie, z widokiem na wyłożoną błotem podłogę oraz dominującą nad nią myśliwską ambonę i pustą widownię na drugim planie. Ta bliskość sprawia, że każda emocja jest od razu odczuwalna, ale też bezlitośnie obnaża słabsze momenty spektaklu. Choć niektóre sceny tracą rytm i wymagają dopracowania, konstrukcja pozostaje solidna i otwarta na dalsze kształtowanie w kontakcie z widzami.
Reżyserka korzysta z możliwości tej przestrzeni bardzo świadomie. Buduje sugestywne obrazy, w których równie ważne jak tekst stają się światło i ruch. Zapada w pamięć scena, w której naga Wiktoria Gorodecka (Czarna) na tle monologu swojego ojca przemyka pomiędzy rzędami foteli niczym sarna uciekająca przed myśliwymi. Wrażenie robią migające kryształowe żyrandole symbolizujące pożar, który wybucha chwilę po kazaniu wygłaszanym z ambony (świetna rola Jacka Mikołajczaka jako Księdza).
Platt udało się stworzyć spektakl, który – w myśl prozy Tokarczuk – dobrze balansuje metafizykę z realizmem, pozwalając nam z innej perspektywy spojrzeć na fundamentalne pytania o granice empatii, sens sprawiedliwości i miejsce człowieka w świecie, którego nie jest jedynym mieszkańcem.
Teatr Narodowy