Nie wyglądasz jak Maria Magdalena
O „Tosce” Giacoma Pucciniego w reż. Julii Pevzner w Operze Krakowskiej pisze Agnieszka Loranc.
fot. Andrey Rafael




O „Tosce” Giacoma Pucciniego w reż. Julii Pevzner w Operze Krakowskiej pisze Agnieszka Loranc.
fot. Andrey Rafael
Reżyserka Julia Pevzner wraz z międzynarodowym zespołem realizatorskim inscenizuje libretto „Toski” bardzo klasycznie. Kierownik muzyczny Andriy Yurkevych, wyczulony na każdą frazę i barwę tej partytury – wielkiej nie tylko objętościowo, ale i emocjonalnie – w pierwszym akcie podchodzi do niej z pewną powściągliwością. Nie narzuca jej ciężaru zbyt wcześnie. Dzięki temu możemy naprawdę zanurzyć się w tętniącej, zmysłowej relacji między Toską a jej malarzem–bojownikiem o wolność, Cavaradossim (Dominik Sutowicz). Jest w tym coś niemal lekkiego, co pozwala nawet uśmiechnąć się nad jej zazdrością. Zazdrością, którą baron Scarpia (Krzysztof Szumański) wychwytuje natychmiast i przekształca w narzędzie manipulacji, prowadzącej go do Angelottiego (Michał Kutnik), jego politycznej ofiary.
To nie Magdalena
Floria Tosca pozostaje w tej interpretacji postacią głęboko ludzką – nadwrażliwą, impulsywną, ale początkowo wciąż ujmującą swoją szczerością. W premierowy wieczór wcieliła się w nią mołdawska sopranistka Olga Busuioc, budując rolę stopniowo i świadomie, bez popadania w przerysowanie. Każda najwyższa nuta czy recytatyw trafia w sedno – nie jako popis, lecz konsekwencja emocji pochłaniających Toskę. Frazowanie Busuioc jest subtelne, prowadzone z wyczuciem stylu Pucciniego, a reakcje na narastający dramat drugiego aktu – na przemoc, grozę, psychiczne osaczenie – pozostają wiarygodne, niehisteryczne. To Tosca, która jeszcze nie wie, jak bardzo zostanie zmuszona do przekroczenia samej siebie.
Kulminacja przychodzi w finale drugiego aktu i także w tym fragmencie odnajduję największą siłę wystawianej opery. „Vissi d’arte” czytam jako infantylną próbę rozliczenia z Bogiem. Tosca wzywa Jego imię, ale jednocześnie występuje wobec Niego z pretensją: przypomina o swojej dobroci, miłości do sztuki i czystości intencji. To lament, który wciąż krąży wokół własnego „ja”. I właśnie dlatego – mimo swojej muzycznej doskonałości – nie jest to jeszcze moment jej dojrzewania. To raczej jego zaprzeczenie, najczystszy przejaw emocjonalnej płytkości. Dojrzałość przychodzi nagle, brutalnie – w akcie zabójstwa oprawcy Scarpii. W tej scenie zmienia się wszystko: gest, spojrzenie, ale przede wszystkim głos. Barwa sopranistki ciemnieje, fraza nabiera ciężaru, jakby w każdej kolejnej nucie była już świadoma konsekwencji czynu. Ta zmiana stopniowo znika. W akcie trzecim widzimy nie divę, lecz ponownie nagość czystego, dziewczęcego charakteru. Toskę, która uwierzyła w kłamstwo – w pozorowaną egzekucję, w glejt, w możliwość ocalenia. Jej teatralny gest, gdy instruuje ukochanego, by swój upadek „zagrał szlachetnie”, jest przejmujący właśnie przez swoją nieadekwatność – rozpaczliwą próbę utrzymania iluzji w momencie, gdy los Cavaradossiego został już z góry przesądzony.
Na tle precyzyjnie prowadzonej warstwy muzycznej scenografia Alexandra Lisiyansky’ego okazuje się problematyczna. Przepełnia niewielką przestrzeń Opery Krakowskiej, oferując bogactwo rekwizytów i konstrukcji, które pozostają niewykorzystane. Aktorzy często funkcjonują obok nich, przez co ich potencjał dramaturgiczny się rozprasza, a oni sami nikną w nadmiarze zdobień. Barokowa stylistyka Sant’Andrea della Valle, marmurowe wnętrza domu Scarpii i cylindryczna forma Zamku Świętego Anioła zostają spięte szkieletową kopułą, która nijak ma się do reszty. W każdym akcie powraca to samo wrażenie: przytłoczenia i bezruchu. Gesty stają się ciężkie, momentami wręcz sprzeczne z rytmem partytury – tam, gdzie muzyka przyspiesza, scena zamiera. Szczególnie widoczne jest to w sekwencjach z udziałem Cavaradossiego. Tym bardziej zaskakujące, bo Dominik Sutowicz potrafi funkcjonować scenicznie z dużo większą swobodą i energią – co udowodnił choćby jako Radames w „Aidzie” (wystawionej w Operze Krakowskiej dwa lata temu). Niemniej brakuje wyraźnej myśli choreograficznej, która mogłaby wprowadzić ruch i przywrócić proporcje między ciałem a dekoracją.
Jedynie we fragmencie wyśpiewywania „Te Deum” przepych daje pożądaną monumentalność. Tłum – niczym na Campo de’ Fiori – wypełnia każdy centymetr sceny: dziecięcy, boscy słudzy (Chór Dziecięcy Opery Krakowskiej), Siostry Szarytki, duchowieństwo i lud (Chór Opery Krakowskiej). Górujący nad zgromadzeniem Scarpia przyjmuje niemal pozycję figury sakralnej – tyle że od początku podszytej bluźnierstwem. To właśnie tutaj najpełniej wybrzmiewa motyw krucyfiksów, obecnych w całej inscenizacji: od Jezusa na krzyżu, wznoszonego na wysokość oblicza Scarpii, przez krzyż stojący na stole w jego domu, aż po drobny naszyjnik na piersiach Toski. Nie są to rekwizyty neutralne, lecz znaki, które Scarpia zawłaszcza i profanuje, wpisując przemoc w samą strukturę sacrum.
Krzysztof Szumański tworzy jedną z najmocniejszych kreacji tego spektaklu. Jego Scarpia jest dynamiczny, cielesny – jakby energia, której brakuje całej inscenizacji, skupiła się właśnie w nim. To figura drapieżna, świadoma swojej pozycji i bezwzględnie ją egzekwująca. Równie przekonująca pozostaje warstwa wokalna. Barytonowy głos Szumańskiego dobrze niesie autorytet postaci, a jednocześnie potrafi się odmienić, gdy Scarpia przechodzi od pozornej powściągliwości do otwartej groźby. Frazowanie jest precyzyjne, podporządkowane słowu – jakby każda linia muzyczna była przedłużeniem jego intencji scenicznej.
Na uznanie zasługuje konsekwencja estetyczna tej inscenizacji – nawet jeśli nie wszystkie jej elementy wybrzmiewają adekwatnie, całość pozostaje przemyślana we wspólnym kluczu. Uznaniem darzę kostiumy Dorothée Roqueplo, które pozostają szlachetne, bezpieczne i wierne epoce. Ich kolorystyka jest w większości stonowana – operuje szarościami, bielą i czernią, przełamanymi miejscami złotą nicią i szkarłatem – co tworzy stabilne, uporządkowane tło dla tytułowej postaci. Na tym tle Tosca wyraźnie dominuje wizualnie. W akcie trzecim pojawia się w intensywnej, niemal nienaturalnie żywej pomarańczowej barwie – jakby wyjętej z innego porządku niż rzeczywistość, w której się znajduje. Zwiewne rękawy nadają jej lekkości i podkreślają oniryczność – trwanie w śnie, który sama dla siebie stworzyła, nie przewidując nieuchronnego końca.
Wszystkie zakręty morderczego thrillera Pucciniego zostają w Operze Krakowskiej z różną skutecznością pokonywane. Ta realizacja pozostaje przede wszystkim poprawna – świadoma muzycznie i aktorsko. Ma swoje momenty naprawdę wyjątkowe, ale między tymi punktami napięcie opada, a całość nie zawsze utrzymuje spójny puls. Czy kilka mocnych scen wystarcza, by unieść operę, która z natury powinna być doświadczeniem totalnym? W tym przypadku pozostaje to pytaniem otwartym – takim, które może na nowo rozbrzmiewać przy każdej kolejnej konfiguracji obsadowej „Toski”.
„Przepięknie, chwilami niebiańsko wręcz śpiewającej sopranem koloraturowym ślicznej Yulii Zasimowej przydzielono do roli kochanka dobrze akceptowalnego w operach komicznych, ale absolutnie nie do przyjęcia, i to tak ze względu na nieładne brzmienie głosu, jak i zupełnie nie amanckie warunki fizyczne, w partiach lirycznych Szymona Ronę. Czyżby, jeśli już nie w Polsce, to choćby też gdzieś za granicą, nie było tenora o przyjemnym głosie i emploi amanta, dzięki któremu sceny miłosne byłyby wiarygodnie prezentowane?”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.