Na nartach nie widziałam

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Na nartach nie widziałam

O „Atlasie ptaków” Aleksandry Zielińskiej w reż. Barbary Bendyk we Wrocławskim Teatrze Współczesnym pisze Jarosław Klebaniuk.

Opublikowano: 2026-04-16
fot. Filip Wierzbicki / WTW
Ocena recenzenta/tki: (6/10) – niezły

Nie mieliśmy z Elą żadnych konkretnych oczekiwań, idąc na Scenę na Strychu. Inspiracje z lat 80., anonsowane w programie, stwarzały swoistą sentymentalną pokusę. Wystarczała nam perspektywa aktywizacji wspomnień z młodości, do tego jeszcze w teatralnym kontekście. Spektakl okazał się jednak zaskakujący, nawet pomimo braku oczekiwań.

Narratorka, trzydziestopięcioletnia matka, prowadzi życie „ch…e, ale stabilne”. Kiedy potrzebuje zachęty, aby rozpocząć opowieść, a potem proponuje: „Może sobie ze mną pooddychacie, będzie mi raźniej”, wiemy już, że dzieje się lub stało coś strasznego. Rosnąca temperatura: 36 – 38 – 40 – 42 stopnie odnosi się do globalnego ocieplenia, ale – jak się okazuje – także do nasilenia emocji towarzyszących opowieści. Podobnie jak ze zmianami klimatu, również jednostkowa rzeczywistość odkrywana jest powoli, nielinearnie, z przerwami na infantylną ptasią bajkę. Sygnały katastrofy są na ogół subtelne i komunikowane nie wprost, jak przytoczona w tytule tej recenzji odpowiedź na pytanie, jacy turyści przyjeżdżają. Gdy klimatyczny dyskomfort zbiega się z jednostkowym losem, wiemy już, jak złudna była ta niebezpośredniość.

Bohaterami przedstawienia oprócz kobiety są ptaki: amanda górska, mewa siwa i pingwin cesarski, a także dołączający do nich później ślepowron zwyczajny. Przebrane w bajecznie kolorowe stroje ludzkie postaci poruszają się i wokalizują po ptasiemu. Dostarczają interludiów do opowieści, a towarzysząca im infantylna melodia początkowo wprowadza atmosferę zabawy dla małych dzieci, by przy kolejnych powrotach stawać się coraz bardziej irytująca. Także powtarzające się cytaty („ciemno wszędzie, głucho wszędzie”; piosenka „Kukułeczka kuka”) zaczynają drażnić, gdy stają się kontrapunktem (a może zdeformowanym greckim chórem?) dla właściwej opowieści.

Jednym z problemów w odbiorze tego spektaklu był właśnie wielowątkowy, rwany charakter narracji. Dostawaliśmy: wspomnienia z dzieciństwa, z surową (przemocową?) matką, chomiki umierające na wiele sposobów, ptaki opuszczające klatkę, by przenieść się do naukowo-ekologicznej rodziny, a po drodze zapoznawaliśmy się ze zwyczajami ptaków, informacjami świadczącymi o klimatycznej niefrasobliwości rodzaju ludzkiego, no i oczywiście wspomnianymi już elementami bajkowej narracji. O czym właściwie było to przedstawienie – pytaliśmy się nawzajem z Elą, idąc Białoskórniczą. Oboje też mieliśmy wrażenie, że chwilami emocje, które miał wzbudzić w nas już to ptasi („dramaty lęgowe”), już to ludzki dramat, są zbyt nachalnie z nas wyrywane, a wolelibyśmy, aby działo się to subtelnie, mimochodem. Może jednak to nadmierne oczekiwania i tak właśnie miało być.

Próbowaliśmy, dochodząc do Kazimierza Wielkiego, znaleźć jakiś głębszy przekaz płynący z tekstu Zielińskiej (czy raczej tej części, która została wystawiona). Godzenie się ze śmiercią małych zwierząt domowych, czasem nawet przyczynianie się do niej, nie wydawało się uczyć opiekuńczości w przyszłym życiu (to Ela). Osobiste dramaty ptaków i ludzi mogły stanowić paralelę ekologicznego dramatu planety i ludzkości na niej (to ja). Nie byliśmy jednak jakoś szczególnie zadowoleni z efektów tych poszukiwań. Może w innych recenzjach znajdziecie lepsze tropy.

Oboje zgodziliśmy się natomiast, że wielkim atutem „Atlasu ptaków” była scenografia. Poduszki-kamienie, dziesiątki, jeśli nie setki jaj i jajek leżących na i toczących się po scenie, wielki ekran ze scenerią przesuwaną na korbę i zmienianą przez nieprzestających mówić aktorów, rozgniatana skorupka, ociekające wodą lodowe jajo – wszystko to tworzyło niepowtarzalną przestrzeń. Aktorzy, nastawiający światło reflektorów na scenie, wydobywali z niej to, co w danej chwili było ważne.

W najpiękniejszej scenie spektaklu wokół matki po porodzie ptaki ułożyły wiele poduszek (kamieni?) i jaj, utulając ją, opatulając niejako, moszcząc jej wielkie gniazdo w tym naturalnym bogactwie. Widać było, że ktoś ma niesamowite artystyczne oko (scenografka? reżyserka? zespół?). Choćby dla takiej chwili warto było siedzieć w pierwszym rzędzie.

Inną zaletą spektaklu była bardzo sprawna gra aktorów (to jest zresztą znak firmowy Współczesnego). A trzeba przyznać, że mieli sporo wyzwań: od poruszania się we właściwy dla gatunku sposób, poprzez omijanie (lub wykorzystywanie) licznych na scenie ruchomych rekwizytów, aż po jedyną w swoim rodzaju wokalizację. Jeśli chodzi o tę ostatnią, to na wyróżnienie według nas zasłużył Krzysztof Boczkowski, który potrafił robić swoim głosem niesamowite rzeczy. Warto też podkreślić, że aktorzy nie korzystali z mikrofonów przytroczonych do ubrań (ani chyba żadnych innych). Sztuczne nagłośnienie jest obecnie tak powszechne, że nie podlega komentarzom. Sądzę jednak, że warto docenić korzystanie z aktorskich zasobów w klasyczny sposób. Mówienie własnym głosem coraz rzadziej się dziś zdarza.

Chociaż wydźwięk całości był pesymistyczny, chwilami nawet rozpaczliwie smutny (opowieści o rodzicielskich dramatach pingwinów), to pojawiły się elementy humoru. Gdy amanda w złości wywrzaskiwała słowo na „p”, to w ożywczy sposób kontrastowało ono z konwencją bajki dla dzieci. Rozbawił nas też popłoch u – granego przez młodego człowieka – pingwina, gdy dowiedział się, że przedstawiciele jego gatunku żyją około dwudziestu lat. Bardziej jeszcze – jego odetchnięcie z ulgą, gdy usłyszał, że „zdarza się, że i pięćdziesiąt”.

Przedstawienie wyreżyserowane przez Barbarę Bendyk jest oryginalne, chwilami nawet ekscentryczne. Nie każdemu więc będzie się podobać. Miłośnicy teatru z pewnością docenią jednak jego dobre strony.

Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

WTW

Kategorie:

Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL