Są takie historie, które – wbrew tytułom i intencjom – nie chcą dać się zapomnieć. Jedną z nich opowiedział Grigorij Gorin – postać nieoczywista: z wykształcenia lekarz, przez kilka lat pracujący w moskiewskim pogotowiu ratunkowym, z potrzeby – pisarz, satyryk i dramaturg. Zanim jego sztuki zaczęły święcić triumfy na scenach, publikował felietony i opowiadania humorystyczne. Z czasem stał się autorem najchętniej wystawianych dramatów w Związku Radzieckim, a także scenariuszy filmowych, które zdobyły ogromną popularność. W jego twórczości ironia, groteska i dowcip zawsze splatają się z pytaniami o sens ludzkiego istnienia – i to właśnie napięcie stanowi o jej sile.
„Zapomnieć o Herostratesie” – jeden z jego najgłośniejszych dramatów – wyrasta z historii znanej z antyku: człowieka, który podpalił świątynię Artemidy w Efezie, by zapewnić sobie nieśmiertelną sławę. Gorin nie rekonstruuje jednak wydarzeń. Zamiast tego tworzy przewrotną, satyryczną opowieść o mechanizmach władzy, ludzkiej próżności i obsesji na punkcie własnego „ja”. To nie tyle historia o jednym czynie, ile o paradoksie pamięci – o tym, że nawet ci, których chcemy wymazać, pozostają obecni.
Warszawska inscenizacja z 1975 roku w Teatrze Nowym w Warszawie, wyreżyserowana przez Mariusza Dmochowskiego, była inteligentnym połączeniem groteski i refleksji. Scenografia Ewy Nahlik – oszczędna, a zarazem znacząca – budowała przestrzeń symboliczną: monumentalne kolumny i surowe światło podkreślały rozdźwięk między wielkością idei a małością ludzkich motywacji, nadając całości niemal mityczny wymiar. Dialogi, pełne błyskotliwych ripost, obnażały absurd sytuacji: oto człowiek, który zniszczył coś pięknego, zostaje na zawsze wpisany w pamięć zbiorową – mimo że wszyscy deklarują chęć „zapomnienia” o nim.
W centrum tej opowieści znajdował się Herostrates w interpretacji Włodzimierza Bednarskiego – postać niejednoznaczna, rozpięta między pychą a lękiem. Aktor pokazał bohatera nie tylko jako prowokatora, lecz także jako człowieka ogarniętego desperacją, który za wszelką cenę chce wyrwać się z anonimowości. W tej kreacji było coś niepokojąco znajomego – jakby Herostrates nie należał wyłącznie do historii.
Równie istotne były postaci urzędników i sędziów, grane z wyraźnym przerysowaniem. Tworzyły one satyryczny portret władzy, która sama wpada w sidła własnych decyzji i mechanizmów, które próbuje kontrolować. „Rób, co chcesz, nie licząc się z ludźmi – wtedy uzyskasz władzę” – to jedna z myśli, która wybrzmiewa w tej rzeczywistości szczególnie gorzko.
Najbardziej intrygującą figurą pozostaje jednak Człowiek Teatru, w którego wcielił się Mieczysław Kalenik. To postać zawieszona między sceną a widownią – komentator, przewodnik, ironista. Nie uczestniczy bezpośrednio w akcji, a jednak spaja ją, łącząc przeszłość z teraźniejszością. Zwraca się do widza, podważa sensy, dopowiada to, co niewypowiedziane. W jego obecności pobrzmiewa echo antycznego chóru – można by przywołać choćby „Antygonę” – ale jest w nim także coś głęboko współczesnego: świadomość, że każda opowieść jest konstrukcją, a każda pamięć – wyborem.
Człowiek Teatru interpretuje, ironizuje, rozmyśla. Stawia pytania o rolę sztuki i o to, czy teatr utrwala pamięć, czy raczej demaskuje jej mechanizmy. W pewnym sensie staje się sumieniem całej opowieści. „Nie siej logiki” – zdaje się mówić świat przedstawiony, w którym racjonalność przegrywa z emocją, a prawda z potrzebą spektaklu.
Mimo historycznego kostiumu dramat Gorina brzmi dziś zaskakująco aktualnie. Ostrzega przed kulturą, w której rozgłos staje się ważniejszy niż wartość czynu, a pamięć zbiorowa łatwo ulega manipulacji. „Daj mi poczucie siły, a zacznę kierować wydarzeniami” – to zdanie mogłoby paść równie dobrze na współczesnej scenie politycznej.
Spektakl balansuje między komizmem a dramatem, między lekkością formy a ciężarem sensów. Publiczność reaguje żywo – śmiech miesza się z chwilami ciszy, gdy wybrzmiewają najbardziej gorzkie kwestie. „Ludzie nie darują tym, którzy są od nich mądrzejsi lub bogatsi” – brzmi kolejna z nich, niepokojąco trafna.
Wychodząc z teatru, trudno oprzeć się wrażeniu, że to opowieść nie tylko o starożytności. To także – a może przede wszystkim – komentarz do współczesności, w której rozgłos bywa ważniejszy niż sens czynu, a zapomnienie staje się niemożliwe w epoce nieustannego obiegu informacji. „Pamięć jest twoją zbroją” – i jednocześnie twoim przekleństwem.
Może więc teatr – paradoksalnie – nie jest od zapominania. Może jego rolą jest pamiętać za nas. Nawet wtedy, gdy bardzo chcielibyśmy wymazać niektóre historie. Bo Herostrates, raz przywołany, już zawsze będzie obecny. Nawet jeśli powtarzamy sobie, że chcemy o nim zapomnieć.