Dziś urodziny obchodziłby Krzysztof Kowalewski – aktor, którego scena nauczyła precyzji, a widownia pokochała za coś znacznie trudniejszego do uchwycenia: za inteligencję ukrytą w komizmie.
Łatwo sprowadzić go do ról zabawnych. Sam zresztą przez lata tak bywał obsadzany – i film, i telewizja chętnie korzystały z jego wyrazistej fizyczności, charakterystycznego głosu, poczucia rytmu. Ale teatr – zwłaszcza Teatr Współczesny w Warszawie – opowiadał o nim historię znacznie bardziej skomplikowaną. I tę historię miałem szczęście oglądać.
Pamiętam jego Sir Tobiasza w „Wieczorze Trzech Króli”. Był w tej roli rubaszny, owszem, ale nigdy prostacki. Śmiech, który wywoływał, nie brał się z tanich sztuczek, lecz wynikał z precyzyjnie prowadzonej postaci – gdzieś na styku melancholii i rozpasania. Już wtedy było widać, że Kowalewski nie gra komedii „dla żartu”, tylko traktuje ją jako narzędzie opisu świata.
Podobnie w „Czego nie widać” – spektaklu, który sam w sobie jest maszyną do produkowania śmiechu. A jednak jego bohater nie był tylko trybikiem w farsowej konstrukcji. Kowalewski wnosił do roli Brenta coś, co trudno nazwać inaczej niż świadomością formy. Wiedział dokładnie, kiedy przyspieszyć, kiedy „zgubić” rytm, kiedy pozwolić ciszy wybrzmieć mocniej niż puenta.
Z kolei jego Edek w „Tangu” był dla mnie jednym z najbardziej niepokojących spotkań z tym tekstem. Bez nachalnej brutalności, bez publicystycznych dopowiedzeń – a jednak z wyraźnie zaznaczoną groźbą. Kowalewski nie musiał podnosić głosu, by pokazać, że za pozorną prostotą tej postaci kryje się siła zdolna zdemolować cały porządek świata. To była rola zbudowana na napięciu, nie na efekcie.
Lata później zobaczyłem go w „Najdroższym” w reżyserii Wojciecha Adamczyka. To już był inny Kowalewski – świadomy swojego emploi, ale nie popadający w autoparodię. Jako Jonville pozostawał częścią zespołu, nie dominował, lecz precyzyjnie dopełniał całość. W tej roli uderzała zwłaszcza jego zdolność balansowania między śmiesznością a powagą, między typem a prawdziwym człowiekiem. To była sztuka dyskretna, niemal przezroczysta – a przez to tak trudna.
I wreszcie „Nim odleci”. André. Rola późna, jedna z tych, które zostają. W spektaklu Macieja Englerta Kowalewski grał człowieka tracącego kontakt z rzeczywistością – i robił to bez aktorskiego „popisu”. Rozpad pamięci, kruchość, zagubienie – wszystko było tu jakby przyciszone, rozegrane półtonami. Patrzyło się na niego nie jak na wielkiego aktora, ale jak na człowieka, który powoli wymyka się światu. To było bolesne i piękne zarazem.
Myślę dziś o tej drodze: od farsy do egzystencjalnego dramatu, od śmiechu do ciszy. Kowalewski nigdy nie odciął się od komizmu – przeciwnie, zabrał go ze sobą w rejony, gdzie przestaje być oczywisty. Może dlatego jego role tak często miały w sobie jakiś cień. Nawet wtedy, gdy publiczność się śmiała.
Był aktorem ogromnego dorobku – setki ról filmowych, tysiące radiowych. Ale to scena pozwalała zobaczyć najwięcej. Tam było widać jego rzemiosło, jego uważność, jego szacunek do tekstu i partnera.
Dziś, w rocznicę jego urodzin, wracają nie tyle konkretne sceny, ile pewien rodzaj obecności. Aktora, który nie musiał niczego udowadniać – wystarczyło, że był.
I to „bycie” w teatrze wciąż pozostaje.
Teatr Współczesny