Opis spektaklu jako komedii z elementami horroru, osadzonej w cerkiewnosłowiańskim klimacie, brzmiał jak obietnica wielowarstwowego widowiska. Projekt Patryka Ołdziejewskiego, zrealizowany w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Białegostoku, zapowiadał się więc jako wydarzenie co najmniej intrygujące.
Scenografia zdawała się potwierdzać te założenia. Minimalizm wpisywał się w estetykę współczesnego teatru, pozostawiając przestrzeń dla światła. Jego reżyseria, za sprawą Mateusza Bułatewicza, została zrealizowana znakomicie. Od momentu wejścia na salę widz mógł poczuć oniryczny klimat przedstawienia. Cień i półmrok modelowały przestrzeń, nadając jej lekko ezoteryczny charakter. W połączeniu z muzyką na żywo – wykonywaną przez Katarzynę Martynkiewicz i Maksyma Fedorova – tworzyło to samo w sobie romantyczną atmosferę. Na szczególne docenienie zasługuje również obecność w obsadzie zawodowej tancerki i choreografki, Katarzyny Wiktorko. Jej udział wykraczał daleko poza standardowy ruch sceniczny. Wcielając się w rolę Duszyczki, tworzyła rozbudowane sekwencje taneczne, które – w połączeniu z wokalem wspomnianej już Katarzyny Martynkiewicz – dawały sceny prawdziwie piękne. W tych momentach spektakl nabierał głębi i mocy.
Niestety warstwa wizualno-muzyczna nie zrównoważyła w odbiorze tekstu i dramaturgii spektaklu. Scenariusz okazał się najbardziej problematycznym elementem. Postacie zostały zarysowane płytko, a psychologizacja – jeśli w ogóle miała miejsce – przypominała raczej jej parodię niż realną próbę wniknięcia w ludzką złożoność. Spektakl miał balansować między komedią a horrorem, jednak nie zbudował ani autentycznego napięcia, ani atmosfery grozy. Dialogi skonstruowano przede wszystkim po to, by zmieściły jak najwięcej żartów. Część z nich trafiała do odbiorców, część nie, a końcowy efekt rozmył ton całości.
Spektakl miał potencjał, by stać się poruszającą opowieścią o tożsamości. Niestety został on spłaszczony do schematu: „jeśli masz problem, to pewnie przez swoją matkę”. Freudowskie tropy są obecne, lecz w bardzo uproszczonej wersji, przez co to, co mogło być psychologicznym dramatem, staje się raczej jego pastiszem. „Nocne Ikony” są przykładem przedstawienia, w którym forma wyraźnie dominuje nad treścią. Gdyby opierało się ono wyłącznie na obrazie, tańcu i muzyce, mogłoby stać się poruszającym doświadczeniem.
Niestety przez warstwę dramaturgiczną trudno empatyzować z bohaterami. W kulminacyjnym momencie pojawia się raczej obojętność – w najlepszym razie konsternacja. Z kolei finałowe dopowiedzenie odbiera widzowi przestrzeń interpretacji, udaremniając ostatnią szansę na refleksję po wyjściu z sali.
OiFP