Spektakl Jana Klaty otwierający jego dyrekcję w Teatrze Narodowym nie jest klasycznym wystawieniem dramatu Tadeusza Micińskiego, lecz raczej monumentalną diagnozą polskiej wyobraźni historycznej. Listopadowa premiera została pomyślana jako wydarzenie symboliczne – rocznicowe, inaugurujące nowy etap instytucji – i rzeczywiście: „Termopile polskie” mają w sobie ciężar teatralnego manifestu.
Jan Klata wraca do „Termopil polskich” jak do własnego snu – albo raczej koszmaru, który po latach nie tyle chce opowiedzieć jeszcze raz, ile sprawdzić, czy nadal działa. Jego wcześniejsza realizacja tego tekstu była gestem polemicznym wobec romantycznego imaginarium narodowego; dzisiejsza jest już czymś bardziej gorzkim – próbą zmierzenia się z tym, że ironia przestała być tarczą ochronną. Tam, gdzie kiedyś można było rozbroić patos estetycznym chwytem, dziś zostaje tylko jego ciężar.
„Termopile polskie” są spektaklem wymagającym i momentami przytłaczającym – pełnym przemocy, hałasu i wizualnego nadmiaru. W tym nadmiarze kryje się jednak jego sens: Klata pokazuje historię nie jako zamknięty rozdział, lecz jako wciąż otwartą ranę. To teatr nie tyle o klęsce, ile o niemożności wyjścia poza jej mit. Klata traktuje „Termopile polskie” nie jako dramat o przeszłości, lecz jako fantasmagoryczną opowieść o Europie Środkowo-Wschodniej – „o Polsce, Rosji, Ukrainie” – i pokoleniach skazanych na rolę „armatniego mięsa Historii”. Toczące się obecnie wojny sprawiają, że pytania o sens ofiary i narodowego heroizmu wybrzmiewają dziś inaczej niż dekadę temu.
W Teatrze Narodowym Klata nie tyle inscenizuje dramat Micińskiego, ile uruchamia mechanizm historycznej kompulsji. Nie operuje też prostą publicystyką – aktualność spektaklu sprowadza do pokazania Polski jako państwa znów stojącego na progu katastrofy, żyjącego w cieniu niewyleczonej historii. To teatr, który nie daje pocieszenia. Widz nie ogląda rekonstrukcji bitwy pod Lipskiem, lecz raczej rytuał powtarzania narodowej klęski – chocholego tańca historii, z którego nie ma wyjścia.
„Termopile polskie” zostały zrealizowane z rozmachem. Ogromna przestrzeń raz jest polem bitwy, raz upadającym dworem. Zapadnie, mobilne żyrandole czy unoszący się nad sceną dron budują obraz świata na granicy apokalipsy i groteski. Scenografia Justyny Łagowskiej pracuje na symboliczną wieloznaczność: zaorana ziemia pod czerwonym światłem przywołuje wojenny krajobraz, by za chwilę – w fiolecie – zamienić się w jarmarczny bal u kresu cywilizacji.
Istotną rolę odgrywa muzyka na żywo zespołu Gruzja – agresywna, metalowa, momentami niemal fizycznie atakująca widza. Ten hałas nie jest jednak jedynie efektem: bywa ironicznym komentarzem do scenicznej akcji i kontrapunktem dla patosu narodowego mitu.
Caryca Katarzyna (Danuta Stenka) – w monumentalnej krynolinie – nie jest władczynią w tradycyjnym sensie; staje się raczej figurą imperialnej żądzy, która mówi przez ciało. Stenka gra Katarzynę nisko osadzonym głosem, jakby każde zdanie było wydobywane z trzewi imperium. Jej bezruch ma temperaturę przemocy. Kiedy milczy, scena zaczyna się kurczyć; kiedy się porusza – wszystko inne wydaje się dekoracją. To Katarzyna, która nie potrzebuje rozkazów, bo sama jest rozkazem.
Z kolei król (Jan Frycz) nie jest tu ironicznym inteligentem ani salonowym estetą. Aktor buduje postać władcy jako człowieka permanentnie spóźnionego wobec historii: jego gesty są minimalnie za wolne, reakcje – minimalnie nietrafione, jakby każda decyzja zapadała o sekundę za późno. To władza, która najpierw analizuje własne położenie, a dopiero potem zauważa, że właśnie straciła państwo.
W znakomitym kontrapunkcie pojawia się książę Józef Poniatowski (Karol Pocheć) – grany nie jako narodowy heros, lecz jako ktoś, kto rozpaczliwie próbuje dorosnąć do własnego mitu. Józef jest nerwowy, chwilami wręcz chłopięcy, jakby bohaterstwo było dla niego kostiumem za dużym o jeden rozmiar.
Warto też zwrócić uwagę na Suworowa (Cezary Kosiński) – postać poprowadzoną na granicy groteski i zimnego okrucieństwa. Kosiński gra go jak menedżera przemocy: sprawnego, rzeczowego, pozbawionego emocjonalnych dygresji. To nie demon, lecz urzędnik wojny.
I wreszcie zbiorowość – dwór, armia, chór przegranych. Aktorzy Narodowego funkcjonują tu jak jeden organizm reagujący na zmianę temperatury politycznej. Klata świetnie wykorzystuje ich fizyczność: sceny zbiorowe są napięte jak sprężyna, a jednocześnie podszyte czymś na kształt społecznego zmęczenia. To ludzie, którzy wiedzą, że katastrofa nadchodzi – ale nie potrafią przestać jej celebrować.
Choć sporo tu inscenizacyjnej inwencji, Klata pozostaje Klatą – dobrze znamy ten język; reżyser nie proponuje zasadniczo nowych rozwiązań artystycznych. Powrót do „Termopil…” nie jest jednak nostalgicznym gestem. To raczej przyznanie się do tego, że historia, którą próbował kiedyś przepracować, wróciła w formie mniej metaforycznej. Tamta inscenizacja była sporem z tradycją; ta jest już rozmową z teraźniejszością.
Teatr Narodowy