Nie ma dzieł nietykalnych – niezależnie od tego, czy książkę napisał Franz Kafka, czy Stephen King. Rolą adaptatora jest dokopać się do sensu i oddać go albo wejść w polemikę, wyrażając własne prawdy za pomocą już zarysowanej koncepcji. Niestety, taneczny „Proces” Jakuba Szydłowskiego stoi w rozkroku.
Niektóre elementy mogę oceniać bardziej lub mniej pozytywnie, ale mało który pomaga w opowiadaniu historii, świata czy bohaterów. To trochę jak film z „ładnymi” zdjęciami – te, dzięki swojemu urokowi, mogą pomóc w promocji nowej produkcji, ale nigdy jej nie stworzą. Zdjęcia powinny być dopasowane do dzieła.
Podobnie widzę środki teatralne użyte przez reżysera „Procesu” – fikuśne stroje, futurystyczne światła i skoczne piosenki gryzą się z historią Józefa K. Rozumiem, nie trzeba od razu kopiować kafkowskiego mroku, można wyeksponować absurdalność prezentowanej historii. Problem w tym, że „Proces” wciąż operuje niepokojącą fabułą, podkreśla absurd, a jednocześnie ozdabia go cyberpunkową atmosferą i eksponuje wątki romantyczne. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze warstwa muzyczna. To za dużo.
Z czystego szacunku do ekipy pracującej przy spektaklu chciałbym jednak docenić kilka elementów, niezależnie od ich funkcjonalności. Choreografia scen tanecznych potrafi imponować, dobrze obserwuje się relację Józefa z jednomyślną zbiorowością. Poprawna jest też scenografia – szczególnie wielkie konstrukcje, tak bardzo kojarzone ze światem Kafki, ale również zbiór urzędniczych szufladek czy warsztat malarski wywołują uśmiech na twarzy.
Z aktorstwem bywa różnie, głównie ze względu na słabe rozwinięcie postaci, ale na pewno warto wyróżnić kilka osób. Marcin Kobierski wspaniale wije się po scenie, odgrywając swoją poddańczość wobec mecenasa. Patryk Szwichtenberg sprawnie bawi się dziwnym zestawieniem samuraja i mecenasa. Marcel Wiercichowski także daje z siebie wszystko, choć przy groteskowej roli wuja nawet to nie pomaga.
Przez większość czasu spektakl żongluje kulturowymi kliszami dla samego żonglowania. Beztrosko przechodzi od piosenki do piosenki, nie dając żadnemu z wątków należytego czasu ani ciężaru. Same utwory zaskakują warsztatem, ale ich disneyowska otoczka gryzie się z prezentowanymi scenami i podkreśla nieistotne wątki. Najbardziej widać to w scenach romantycznych. Józef tuli się z kochanką w łóżku, kokietuje napotkaną dziewczynę czy romansuje z córką mecenasa w drewnianej balii. Często właśnie tym sytuacjom towarzyszą romantyczne piosenki. Żadna z relacji nie dominuje na tyle, by stać się głównym wątkiem, jest jednak na tyle wyraźna, by zaburzać temat zasadniczy. Wydaje się, że twórcy próbują zastąpić ontologię dobrą zabawą, ale pogrążony w niepokoju świat Kafki wiąże im ręce.
Mam nadzieję, że następnym razem dam się porwać fantazyjnie wykonanym scenom i odłożę ciężar świata na bok. Tym razem się nie udało. Być może dla fanów spektakli muzycznych poruszone przeze mnie wyżej elementy nie będą aż tak istotne. Niestety, mnie „Proces” wydał się zwyczajnie niespójny.
Ale pewnie szkoły pójdą. Czemu nie?
https://bagatela.pl/