Wolność zniewolonej duszy

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Wolność zniewolonej duszy

O „Androidach” w choreografii Roberta Bondary w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie pisze Lena Kuran.

Opublikowano: 2026-05-17
fot. Ewa Krasucka/ TW-ON
Ocena recenzenta/tki: (10/10) – arcydzieło

W pustej przestrzeni sceny Teatru Wielkiego – Opery Narodowej pojawia się pojedyncza ludzka sylwetka. Przy akompaniamencie niepokojącej, „dusznej” muzyki zaczyna opowiadać tańcem swoją samotność w świecie zdominowanym przez przemoc, technologię oraz nieufność. Z pustki wyłaniają się kolejne postacie, ale bohaterowi nie przynosi to ulgi — to androidy, które musi eliminować w ramach swojej pracy, nie ma więc mowy o jakimkolwiek braterstwie czy zrozumieniu. Bohater odchodzi, a na scenie pozostaje inny mężczyzna, który pozornie niczym się od niego nie różni.

Balet Roberta Bondary „Androidy”, najnowsza premiera warszawskiej Opery Narodowej, porusza bardzo aktualne tematy wyobcowania w świecie zdominowanym przez technologię i zacierania się granic pomiędzy „naturalnym” i „prawdziwym” a „sztucznym” życiem. Fabuła przywołuje motywy znane z książek i filmów science fiction: poczucie bezsilności i beznadziei, próby wyzwolenia się z okowów cywilizacji cyfrowej i powrotu do natury czy poszukiwanie autentycznej, głębokiej relacji z drugą osobą. Łowca, główny bohater „Androidów” (w pierwszej obsadzie — fenomenalny pierwszy solista Polskiego Baletu Narodowego Ryota Kitai), zaczyna z pozycji podobnej do Ricka Deckarda z noweli „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka lub Neo z „Matrixa” sióstr Wachowskich — wierząc, że w pełni rozumie otaczający go świat i kieruje się zestawem jedynych słusznych przekonań, pozwalających mu odróżniać dobro (człowieczeństwo) od zła (sztuczności androida). Spotkania z androidami nowej generacji — Dr Rae (Hye Ji Kang), Aidą (Daria Majewska) czy Castorem (Kasper Górczak) — wytrącają go z tej bezpiecznej i znajomej równowagi, prowadząc do zakwestionowania wszystkiego, co wie o granicach człowieczeństwa. Podobną zmianę optyki widać również w — znakomitej choreograficznie — scenie buntu androidów, obalających „zerowe prawo robotów” Isaaca Asimova („robot nie może skrzywdzić ludzkości lub poprzez zaniechanie działania doprowadzić do uszczerbku dla ludzkości”), czy w reakcji Dr Rae na wynik przeprowadzonego na niej „testu na człowieczeństwo”. W konsekwencji żadne z bohaterów nie zachowa w pełni ani ludzkiej, ani androidalnej tożsamości. Androidy skazane są na zagładę, o czym przypominają wyświetlane na ścianach i suficie cyfry elektronicznego zegara odliczające pozostały Castorowi czas — ale ich odejście nie oznacza, że ludzkość spokojnie wróci do „normalności”. Świat dzielony z androidami ulegnie fundamentalnej przemianie, a podstawowe pojęcia, którymi zwykliśmy definiować różnicę między zrodzonym a stworzonym, przenikną się i przemieszają.

Przenikanie się „ludzkiego” i „sztucznego” znakomicie widać w sekwencjach choreograficznych: Castor początkowo powtarza ruchy Łowcy, po czym przechodzi do własnego, autonomicznego układu; podobne paralele można zaobserwować pomiędzy Niną (Jaeeun Jung), żoną Łowcy, a Dr Rae. W finale spektaklu przekonujemy się, że nie trzeba urodzić się człowiekiem, aby zrozumieć, na czym polega człowieczeństwo.

Ogromną rolę w budowaniu narracji w „Androidach” spełnia muzyka Przemysława Zycha. Nie jest to pierwsze spotkanie tego duetu kompozytorsko-choreograficznego, a jego efekty pokazują, jak świetnie Bondara i Zych współpracują ze sobą i jak klarownie łączą swoje wizje artystyczne. „Partie androidów” reprezentuje w muzyce niepokojąca, pulsująca perkusja — z instrumentarium o wiele bardziej rozbudowanym niż na ogół słyszalne w orkiestrach teatralnych — sekcja instrumentów dętych blaszanych oraz długie nuty grane przez kontrabasy i wiolonczele. W scenach skupiających się na spektrum ludzkich emocji — Łowca przynoszący Ninie szczeniaka, Bastien (Jaime Bustamante) leczący zasuszoną roślinę — słyszymy więcej skrzypiec, altówek oraz instrumentów dętych drewnianych (fletów, obojów i rożków angielskich). Co ciekawe, motywy te powracają w drugim akcie, przeplatając się z sekcją „androidalną” w scenach z Łowcą i Dr Rae. Przywodzi to na myśl wypowiedź Ricka Deckarda, łowcy z wymienionej już noweli Dicka: „Większość androidów, które znam, posiada w sobie więcej witalności i chęci życia niż moja żona”…

Spektakl nie zawodzi również w warstwie wizualnej. Precyzyjnie ascetyczna scenografia Diany Marszałek oraz równie ascetyczne kostiumy Martyny Kander stapiają się w jedno ze światłem reżyserowanym przez Macieja Igielskiego oraz projekcjami wideo autorstwa Kamila Polaka. Elementy te budują kompletną, wielowymiarową rzeczywistość inspirowaną „złotymi czasami” cyberpunku i fascynacji przyszłością robotyki — od „Metropolis” (1927) i „Matrixa” (1999), przez kultowe anime Mamoru Oshiiego „Ghost in the Shell” (1995), aż po seriale „Orange Is the New Black” (2013) i „Squid Game” (2021). Jest to wyraźny ukłon w kierunku widzów, których przyciągnęła do teatru znajomość tych dzieł kultury — wizja stworzona na scenie Opery Narodowej jest jednak autonomiczną całością, którą docenia się także bez wcześniejszej lektury Dicka czy oglądania filmów Ridleya Scotta. Każdy przedmiot i efekt użyty do stworzenia „Androidów” ma swoje miejsce i dokładnie przemyślane przeznaczenie. Polecam oglądanie spektaklu z wyższych balkonów — nasze miejsca znajdowały się w loży na trzecim balkonie — skąd można w pełni docenić głębię prawie pustej, podzielonej światłem sceny, widowiskowy moment opadu radioaktywnego pyłu czy kontrapunkt czerwonego kokonu, z którego „rodzą się” kolejne androidy. Oglądając spektakl Bondary „z góry”, ma się także stale w polu widzenia elektroniczny zegar odmierzający nieubłaganie czas dzielący Castora, desperacko walczącego o przetrwanie, od śmierci. To dobitne przypomnienie, że jesteśmy tu wszyscy tylko na chwilę i jedynie od nas zależy, jak damy się poznać światu oraz jakie znaczenie nadamy naszemu życiu.

Osobiście nie znajduję w „Androidach” niczego, za co można by odjąć gwiazdki od oceny spektaklu. Choreografia Roberta Bondary znakomicie oddaje charakter poszczególnych postaci; uwagę zwracają układy zbiorowe — szczególnie bunt androidów, o którym opowiada Łowcy Dr Rae — oraz sceny walk (wielki ukłon w kierunku Vladimira Yaroshenki — Polluxa i Julii Alvarez — Ameki). Tytuł najsympatyczniejszej androidki otrzymuje Sofia (Natalia Pasiut), zaś nagrodę za „moment naboju” — dosłownie i w matrixowej przenośni — Pan B. (Kristof Szabo). Cała inscenizacja została przygotowana z wielkim pietyzmem i dbałością o szczegóły, zachowując przy tym ten rodzaj „poczucia wolności w zniewolonej duszy”, o którym trzydzieści lat temu śpiewała inspirująca się filmem „Ghost in the Shell” grupa Wamdue Project. „Androidy” pozostawiają widza z pytaniami o miarę i cenę człowieczeństwa oraz etyczny aspekt rozwoju technologicznego. Wychodząc z teatru, warto także sięgnąć pamięcią do noweli Philipa K. Dicka i zastanowić się nie tylko nad tym, o czym sami marzymy, ale i nad tym, czy ktoś lub coś będzie kiedyś marzyć o nas.

TW-ON

Kategorie:

Cytat Dnia

„Spektakl jest absolutnie oczobijny”

Rafał Turowski o „Hamlecie”, reż. Kamil Białaszek; rafalturow.ski, 20.05.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL