Slide
previous arrow
next arrow
Walentynki z „Blood Brothers” w Brighton - Teatr dla Wszystkich

Walentynki z „Blood Brothers” w Brighton

Na afiszu

Walentynki z „Blood Brothers” w Brighton

Alicja Wilson o walentynkowym spotkaniu z brytyjskim klasykiem, który od dekad porusza widzów na Wyspach.

Opublikowano: 2026-02-23
fot. Theatre Royal Brighton

W walentynkowy wieczór 14 lutego zasiadłam w historycznych czerwonych fotelach Theatre Royal Brighton, by obejrzeć sentymentalny musical Blood Brothers. Spektakl, którego prapremiera odbyła się w Liverpoolu w 1983 roku, przez dekady powracał na sceny West Endu, a dziś realizowany jest jako UK Tour.

Zanim jednak zgasły światła, myślałam o czymś innym: dlaczego ten tytuł — legenda brytyjskiej sceny — pozostaje w Polsce prawie nieznany? Libretto Willy’ego Russella wyrasta z bardzo konkretnego doświadczenia: podziałów klasowych Liverpoolu lat 60.–80. Tragizm wynikający z akcentu, adresu zamieszkania i pozycji społecznej jest dla Brytyjczyków oczywisty. Dla polskiego widza — mniej czytelny, mniej zakorzeniony w codzienności.

W Polsce dominują musicale o wielkim rozmachu wizualnym — jak The Phantom of the Opera czy Les Misérables. Teatry muzyczne stawiają na monumentalność, efekt, rozbudowaną scenografię. Blood Brothers jest tymczasem spektaklem kameralnym, niemal ascetycznym. Opiera się na tekście i aktorstwie. Bliżej mu do teatru dramatycznego niż do komercyjnego widowiska.

Choć musical był wystawiany w naszym kraju — w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie w 1993 roku, a później w Teatrze Rampa w 1999 roku — produkcje te nie stały się długoletnimi przebojami, które weszłyby na stałe do kanonu popkultury, jak choćby Metro. Blood Brothers nie doczekał się też wysokobudżetowej adaptacji filmowej, która mogłaby zbudować jego rozpoznawalność wśród masowej publiczności. Być może właśnie dlatego wciąż pozostaje u nas bardziej ciekawostką niż klasyką.

Z wypełnionej ludźmi, jeszcze ciepłej po słonecznym dniu ulicy weszłam do teatru. Zaskoczył mnie brak szatni — płaszcze, jak wszyscy, zawiesiliśmy na oparciach foteli. Na drugim balkonie wokół mnie siedziało dużo młodzieży w codziennych ubraniach. Dorośli popijali wino i piwo kupione w bufetach na każdym poziomie. Młodzież zajadała popcorn. Teatr bez dystansu, bez ceremonialności. Naturalny element miejskiego życia.

Zderzenie polskiej wrażliwości z brytyjskim klasykiem okazało się doświadczeniem zaskakująco bliskim. Historia braci rozdzielonych przez los przywołuje znany nam motyw mezaliansu i społecznego determinizmu. Wychowani na literaturze i filmach opowiadających o walce o godność w świecie, który z góry przypisał człowiekowi miejsce na drabinie społecznej, odnajdujemy w tej opowieści coś znajomego.

Najbardziej porusza uniwersalny tragizm. Choć akcja dzieje się w Liverpoolu, emocje Pani Johnstone są zrozumiałe wszędzie. Najpierw czuje się „jak Marilyn Monroe”, potem staje się kobietą zgorzkniałą, upokorzoną i biedną. Scena, w której oddaje dziecko, by zapewnić mu lepszy byt, budzi naturalny bunt wobec niesprawiedliwości — odruch dobrze znany także z naszej historii. Vivienne Carlyle zagrała tę rolę przejmująco, bez nadmiaru patosu, z prostotą i prawdą.

Sercem spektaklu pozostają dwie główne role chłopców. Sean Jones jako Mickey i Joe Sleight jako Eddie tworzą porywające, wielowymiarowe kreacje. Wybuchowa mieszanka chłopięcej energii i tłumionej frustracji Mickeya jest autentyczna, podczas gdy ciepło i naiwność Eddiego sprawiają, że tragiczne okoliczności, ku którym zmierzają, stają się jeszcze boleśniejsze.

Zadziwiające jest to, jak dorośli aktorzy potrafią bez cienia śmieszności stać się siedmiolatkami. Przejście od dziecięcej radości w pierwszej części do brutalnej, dorosłej beznadziei w drugiej wywołuje autentyczny żal. Widownia często śmiała się w tej dziecięcej części. Niewinna przyjaźń, mimo różnic klasowych, wybrzmiała szczególnie w utworze „My Friend”.

Nie zawsze rozumiałam wszystkie dialogi — mówione liverpoolskim akcentem Scouse. Jednak emocje nie potrzebowały tłumaczenia. Linda — wspólna koleżanka chłopców, później żona Mickeya — wzruszyła mnie szczególnie. Mówiła tym charakterystycznym akcentem i świetnie oddawała prostą dziewczynę z robotniczego środowiska. Szybko wyszła za mąż, szybko została matką, jakby powielając los Pani Johnstone. Przypominała mi bohaterki polskich filmów lat 70., choćby Bronkę z Z daleko od szosy — naturalne, prawdziwe, zanurzone w codzienności. A jednak Linda potrafi się zmienić, gdy w późniejszym życiu odnajduje się w świecie zamożnego Edwarda, radnego miejskiego.

Postać Narratora, śledzącego bohaterów niczym fatum w greckiej tragedii, nadaje całości niemal mityczny wymiar. W musicalu tak przesiąkniętym przesądami — choćby tym, że butów nie wolno kłaść na stole — wydaje się uosobieniem losu. Unosi się nad wydarzeniami ze złowieszczą aurą, jakby był złym czarodziejem prowadzącym bohaterów ku nieuniknionemu finałowi. Czuć, że przeznaczenie jest zawsze blisko, a konsekwencje podziałów klasowych są nieuchronne.

Pod względem inscenizacyjnym spektakl jest oszczędny. Scenografia nienarzucająca się: stary kredens w domu biednej rodziny, wygodna sofa w bogatym salonie, ławka i witryna sklepowa na ulicy. Kostiumy jasno stygmatyzują biedę i bogactwo. Pani Johnstone w fartuchu sprzątaczki, pani Lyons w eleganckiej spódnicy i czółenkach, z wymodelowaną fryzurą. Mickey w obdartych jeansach i tenisówkach, Eddie od dziecka w starannie skrojonych spodniach i sweterku.

Zakończenie spektaklu utworem „Tell Me It’s Not True”, wyśpiewanym przez nieszczęśliwą matkę, sprawiło, że cała sala w Brighton wstała z miejsc. W tym momencie język przestaje mieć znaczenie. Lęk przed utratą bliskich, gniew na niesprawiedliwy los, frustracja wynikająca z biedy — to emocje wspólne dla wszystkich szerokości geograficznych.

Patrząc na widownię, widziałam wszystkie pokolenia — w tym liczną grupę uczniów szkół średnich, dla których ta sztuka jest tekstem obowiązkowym na egzaminach GCSE. Pomyślałam wtedy, jaką satysfakcją musi być dla Willy’ego Russella świadomość, że jego twórczość po ponad czterdziestu latach wciąż porusza tak różnorodną publiczność.

Wyszłam z teatru w chłodną noc nad English Channel. Ludzie nadal siedzieli w kawiarnianych ogródkach, śmiejąc się i rozmawiając. A ja wracałam z poczuciem, że historie o nierównościach społecznych nie starzeją się nigdy — zmieniają się tylko dekoracje.

To był wyjątkowy wieczór.

Kategorie:

Cytat Dnia

„[…] Krystyna Janda szarżuje, ale nie przesadza. Dominuje nie tłamsząc sceny i pozostałych postaci spektaklu”

Jacek Mroczek o „Zapętlonej”, reż. Krystyna Janda; TeatrVaria, 4.05.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL