Młodość ma przestrzeń na przypadkowe spotkania, nocne rozmowy i filozoficzne rozkminki. Na takim założeniu opiera się najnowszy spektakl Adama Sajnuka. Reżyser zamiast emocjonalnego zaangażowania serwuje nam jednak zaledwie szkic tych doświadczeń.
Sajnuk, z wykształcenia filmoznawca, sięga po kultowe filmy „Przed wschodem słońca” (1995) i „Przed zachodem słońca” (2004), by opowiedzieć o współczesnych dwudziesto- i trzydziestolatkach. Interesuje go moment szczególny – czas, kiedy dorosłość dopiero zaczyna dopominać się o uwagę, ale wciąż jeszcze można pozwolić sobie na spontaniczność, włóczenie się nocą po mieście i rozmowy o wszystkim. Choć świat dynamicznie się zmienia, charakterystyczna dla młodości potrzeba intelektualnego porządkowania rzeczywistości pozostaje niezmienna. Nie jest to jednak spostrzeżenie szczególnie odkrywcze, a sam spektakl nie skłania do głębszego zaangażowania.
Sajnuk zgrabnie poradził sobie z wyzwaniem związanym ze zmianami miejsc akcji, ponieważ bohaterowie przez cały czas włóczą się nocą po Wiedniu. Pomogła w tym scenografia Katarzyny Adamczyk oparta na dużych klockach, z których powstają kolejne miejsca akcji. Na oczach widzów aktorzy tworzą z nich wagon pociągu, klubowe stoliki czy cmentarne nagrobki. Scenografka niepotrzebnie jednak obudowała scenę kartonowymi fasadami wiedeńskich budynków, na których dodatkowo wyświetlane są projekcje wideo. Same animacje subtelnie budowałyby klimat miasta, ale zestawione z tekturową architekturą stają się mało wyraziste. Przestrzeń zawęża się i zamiast lekkości nocnego spaceru pojawia się klaustrofobiczne wrażenie nadmiaru.
Lekkości brakuje także aktorom. Celinie Moniki Markowskiej blisko jest do postaci Amelii z filmu Jean-Pierre’a Jeuneta – wiecznie uśmiechniętej idealistki. Filip Roberta Mroza początkowo ma w sobie chłopięcy urok, ale z każdą kolejną sceną staje się coraz bardziej bezbarwny. Między bohaterami brakuje chemii. Patrzą w swoim kierunku, ale nie na siebie. Subtelne dotknięcia Celiny nie wywołują reakcji partnera, a pauzy pozostają niewypełnione. Pierwszy pocałunek wydarza się dlatego, że zgodnie z prawami romantycznej komedii musi do niego dojść, a nie dlatego, że doprowadziło do niego napięcie między bohaterami.
Sajnuk, pisząc scenariusz, miał ambicję stworzenia spektaklu głębszego niż tylko romantyczna komedia. Próbuje więc opowiadać o religii, relacjach, współczesnej męskości czy przebodźcowaniu mediami, ale rozmowy bohaterów pozostają jednowymiarowe. Brakuje w nich intelektualnego oddechu i emocjonalnego ciężaru konfliktu. Nawet kłótnie przypominają raczej uporządkowane przedstawianie racji niż realne starcie poglądów.
Najlepiej wypada scena w sklepie z płytami, gdy Markowska wciela się w Ninę Simone. Pojawiają się wtedy młodzieńcza energia, zabawa i sceniczna swoboda, których brakuje w pozostałych fragmentach przedstawienia. To jeden z niewielu momentów, kiedy aktorstwo naprawdę rezonuje z dobrą muzyką Michała Lamży.
Choć spektakl grany jest na kameralnej scenie Instytutu Teatralnego, trudno mówić o intymnym doświadczeniu. Dodatkowy dystans tworzą mikroporty, które niepotrzebnie oddzielają aktorów od widowni. „Przed wschodem / przed zachodem” pozostaje więc przedstawieniem poprawnie skonstruowanym, ale emocjonalnie i intelektualnie jedynie naszkicowanym grubą kreską, choć z potencjałem na znacznie więcej.
Teatr WARSawy