Self Control

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Self Control

O „Aniołach w Warszawie” Julii Holewińskiej w reż. Wojciecha Farugi w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Aram Stern.

Opublikowano: 2026-04-27
fot. Karolina Jóźwiak
Ocena recenzenta/tki: (9/10) – rewelacyjny

Dekonstrukcja tekstów znanych, scenariuszy funkcjonujących w powszechnej kulturze jako genialne, nie zawsze wychodzi. Tak się jednak nie dzieje w przypadku Aniołów w Warszawie wyreżyserowanych przez Wojciecha Farugę w stołecznym Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka na podstawie dramatu Julii Holewińskiej. W jej sztuce pamiętnego anioła z nowojorskiej fontanny projektu Emmy Stebbins – Angel of the Waters z wersji telewizyjnej Aniołów w Ameryce (sztuki nagrodzonej Pulitzerem Tony’ego Kushnera) – zastępuje Syrena – legendarna strażniczka stolicy.

Między innymi z jej przyczyny spektakl Anioły w Warszawie staje się swojski, nasz, „własny” i tak mocno chwyta za serce, gdyż epoka, w której toczy się jego akcja, została dobrze zapamiętana przez pokolenie obecnych 60-latków, a dramat Julii Holewińskiej (nagrodzony w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej) wstrząsa na wielu poziomach.

Mam podejrzenie, że współczesne pokolenie Z, oglądające spektakl Wojciecha Farugi, wie o realiach życia w PRL-u w połowie lat 80. ubiegłego wieku tak niewiele, ile ówcześni dwudziestolatkowie słyszeli o losach nowojorskich homoseksualistów w czasach epidemii AIDS, za rządów ultrakonserwatywnego Ronalda Reagana w USA. Żelazna kurtyna skutecznie blokowała przepływ informacji – nie tylko z Zachodu, ale i po wschodniej stronie – gdy w 1986 roku radioaktywna chmura zmierzała nad Wisłę…

Przedstawienie w Teatrze Dramatycznym udało się obejrzeć recenzującemu ponad rok od premiery, ale za to – przypadkowo – w czterdziestą rocznicę katastrofy w Czarnobylu, która, można powiedzieć, przypieczętowała powolny upadek tamtego systemu. Anioły w Warszawie nie ekshumują jednak ofiar tej tragedii, lecz pozwalają przenieść się do stolicy Polski lat osiemdziesiątych, szaroburej oraz niezwykle smutnej, z jej umęczonymi kolejkami i pozbawionymi perspektyw mieszkańcami, krążącymi na obrotowej scenie wokół nowego wówczas Dworca Centralnego. Ten stan czarnej melancholii oddają scenografia, kostiumy i reżyseria światła Katarzyny Borkowskiej: skąpane w ciemnościach, nieokreślonych szarościach i pospolitych fakturach.

U Wojciecha Farugi interakcje bohaterów nie podlegają potocznemu klasyfikowaniu: „dobre” – „złe”. Tutaj wszelkie wartościowanie, znamionujące skłonność do moralistyki, z reguły powierzchownej i obłudnej, traci sens. Faruga w paradokumentalnej narracji powoli wprowadza widzów w świat dworcowych toalet, bokserskiego klubu, kieruje na ponure ulice i skryte pikiety, eksponując zanieczyszczone przemocą i brakiem miłości relacje „w domach z betonu”, chłód szpitalnych korytarzy i smutek podziemnego teatru. Nowa, nieznana choroba młodych mężczyzn staje się jakby głównym „reżyserem” filmowego dokumentu, któremu przyszło zarejestrować pewien schyłek epoki, z przenikaniem się różnych filmoprzestrzeni, zaklętych w okręgu tego jakże „mobilnego” scenograficznie obrazu.

Duża liczba wątków – wydawałoby się zbyt wielu jak na ponad trzygodzinny spektakl – podana jest jednak w sposób sprawny, gdyż bliżej jej do epickiej opowieści niż dokumentalnej rekonstrukcji. Niepokój postaci w wielu wymiarach, ich miłosne, rodzinne i społeczne relacje w prowadzonych równolegle narracjach nie nużą, a wręcz paraliżują swym mroczno-gorzkim zarysem. Wojciech Faruga harmonijnie penetruje ten smutny świat, wplatając w niego piosenki (muzyka: Radosław Duda), modlitwę i elementy humorystyczne oraz doskonały ruch sceniczny (Bartłomiej Gąsior). Jakby reżyser chciał oszczędzić bohaterom przerażenia przed nadchodzącą epidemią HIV i ochronić ich nie tyle przed samą chorobą, ile przed ostracyzmem społeczeństwa.

Ten strach jest widoczny w każdej scenie, obecny w doskonałej grze aktorskiej zespołu oraz w kreowanych postawach bohaterów. Przede wszystkim lekarki Danuty (Katarzyna Herman) ze szpitala na Wolskiej i jej pacjenta Sebastiana (Paweł Tomaszewski), chorego na hemofilię, zakażonego przez lekarski błąd wirusem HIV. Postaci Sebastiana oraz Syreny (Helena Urbańska), „wypływającej” z zaskakujących miejsc, to symboliczne „anioły”, zerkające na ten chory świat z dystansu, jakby mimochodem.

Świetny „trójkąt” miłosny tworzą: niezwykle smutna w swej kreacji Beata (Anna Szymańczyk), zrozpaczona faktem, że jej ślubny Waldemar (Damian Kwiatkowski) jest w relacji seksualno-miłosnej z kolegą z klubu bokserskiego Fabianem (Konrad Szymański). Ta homoseksualna para wchodzi w finale w rejestry rozpaczy niepojętej, a Damian Kwiatkowski wspina się na szczyt aktorskiego kunsztu. Rewelacyjnie, na drugim biegunie uwięzienia w innej epoce i stanie bez miłości, gra Aleksandrę, sekretarkę w SB, Agnieszka Wosińska, niepotrafiąca pojąć, że jej syn Jacek (Jan Sałasiński) woli seks z mężczyznami na Centralnym niż swoją koleżankę.

I kolejna niebywale mocna i doskonale nakreślona rola – wielkiego reżysera Michała (Marcin Bosak), granego z jak najbardziej niewygodnej strony – który do końca woli dopuszczać myśl, że jest chory na raka, niż to, że zaraził się wirusem.. Również pułkownik SB (Waldemar Barwiński), chlubiący się organizacją akcji „Hiacynt” przeciw środowiskom homoseksualnym, boi się zrobić sobie test na HIV. W Aniołach w Warszawie w zasadzie nie ma postaci przezroczystych: nawet w tych drugoplanowych zapamiętamy Małgorzatę Niemirską w roli wielkiej aktorki podziemia, a w podwójnych rolach – Łukasza Wójcika jako księdza i literata Henryka oraz Annę Gajewską jako prostytutkę i bioenergoterapeutkę.

W – wydawałoby się – niewiele znaczącej scenie reżysera Michała z wyżej wspomnianą niewidomą terapeutką znajdziemy zasadniczą myśl autorki, którą Julia Holewińska „wlała” do głów wielu postaci swego dramatu: problemem nie jest AIDS, a przede wszystkim związany z chorobą strach przed wykluczeniem i ostracyzmem społecznym. Kto żył świadomie w tamtych latach, pamięta, jak to było…

“(…) I, I live among the creatures of the night.

I haven’t got the will to try and fight,

against a new tomorrow, so I guess I’ll just believe it,

that tomorrow never comes (…)”.

/Laura Branigan, fragm. tekstu piosenki Self Control z 1984 roku/

Teatr Dramatyczny

Kategorie:


Cytat Dnia

„Spektakl jest absolutnie oczobijny”

Rafał Turowski o „Hamlecie”, reż. Kamil Białaszek; rafalturow.ski, 20.05.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL