Choć wielu pamięta Jerzego Trelę przede wszystkim ze Starego Teatru i legendarnych inscenizacji Swinarskiego czy Jarockiego, dla mnie najtrwalej zapisał się w pamięci Teatru Telewizji. Nawet wtedy, gdy pojawiał się na ekranie tylko na chwilę, trudno było oderwać od niego wzrok. Był aktorem powściągliwym, przejmującym, niezwykle prawdziwym — takim, który potrafił grać ciszą, spojrzeniem i ciężarem słowa. Wracam do jego ról, bo wciąż przypominają, czym było aktorstwo skupione nie na efekcie, lecz na człowieku.
Jerzy Trela należał do tych aktorów, którzy nie potrzebowali gestu większego niż człowiek. Nie budował postaci na zewnętrznym efekcie, nie szukał taniej ekspresji ani łatwego poklasku za wszelką cenę. Wystarczała mu pauza, lekko przyciszony głos, spojrzenie, w którym nagle pojawiał się lęk, ironia albo zmęczenie. Potrafił stworzyć napięcie bez podnoszenia tonu i przyciągał uwagę właśnie tym, co u innych aktorów często pozostaje niewidoczne — skupieniem, wewnętrznym napięciem, myślą ukrytą pod słowem.
Nigdy nie próbował dominować nad tekstem. Przeciwnie — wyglądało to tak, jakby całym sobą oddawał głos autorowi, a jednocześnie przepuszczał każdą frazę przez własne doświadczenie. W jego aktorstwie było coś surowego i głęboko ludzkiego. Nie miał w sobie estradowej łatwości ani potrzeby popisywania się warsztatem. Nawet w rolach monumentalnych pozostawał blisko człowieka — jego słabości, samotności, niepewności. Dlatego jego bohaterowie nigdy nie byli papierowymi figurami wielkiej literatury. Oddychali, myśleli, cierpieli. Trela nie grał „wielkości”. On ją po prostu miał.
Nie widziałem go często na scenie. Znam Trelę przede wszystkim z Teatru Telewizji — i być może właśnie dlatego pamiętam go inaczej niż ci, którzy oglądali legendarne „Dziady” Swinarskiego w Starym Teatrze. Telewizyjna kamera potrafiła wydobyć z niego coś szczególnego: skupienie, wewnętrzny niepokój, czasem ledwie dostrzegalny ironiczny błysk. Potrafił być monumentalny, ale nigdy pomnikowy.
Do dziś wracam myślami do jego Konrada w „Dziadach”. Nawet przez ekran czuło się, że to nie jest rola zagrana, tylko przeżyta. Trela nie recytował Mickiewicza — on jakby zmagał się z każdym zdaniem. W jego Konradzie było więcej bólu niż romantycznej pozy. Mniej teatralnego uniesienia, więcej samotności człowieka, który za chwilę rozsypie się pod ciężarem własnej pychy. Ta kreacja nie starzeje się właśnie dlatego, że została zbudowana bez aktorskiego efekciarstwa.
Podobnie pamiętam „Ślub” Jarockiego. Trela jako Ojciec i Król wydawał się jednocześnie groteskowy i tragiczny. Umiał wydobyć z Gombrowicza absurd, ale nigdy nie robił z niego kabaretu. W jego wykonaniu groteska zawsze miała gorzki smak. Zresztą Jarocki chyba doskonale rozumiał, że Trela jest aktorem paradoksu — potrafił być majestatyczny i zwyczajny w tej samej scenie.
Niezwykłe było też to, jak odnajdywał się w rolach ludzi złamanych albo stojących na granicy klęski. We „Wrogu ludu” jako doktor Stockmann nie przypominał pomnikowego idealisty. Grał człowieka zmęczonego, osaczonego, ale upartego. W „Kartotece rozrzuconej” Kutza miał w sobie natomiast coś z człowieka, który już nawet nie próbuje uporządkować własnej pamięci. Trela umiał grać zmęczenie historią — i może dlatego tak dobrze brzmieli u niego Różewicz czy Gombrowicz.
A przecież miał także ogromny talent komediowy. Jego Rejent Milczek w telewizyjnej „Zemście” nie był jedynie fredrowską figurą. Trela znajdował w tej postaci małość, śmieszność i jakąś dziwną ludzką desperację. Śmieszył, ale nigdy nie ośmieszał bohatera. To bardzo rzadka umiejętność.
Często myślę, że Jerzy Trela należał do pokolenia aktorów, którzy nie oddzielali inteligencji od emocji. Współczesny teatr bywa dziś głośny, nerwowy, czasem przesadnie zapatrzony w koncept. Trela reprezentował inną szkołę — teatr oparty na słowie, rytmie myślenia i odpowiedzialności za sens. Nawet kiedy grał postaci brutalne, cyniczne albo groteskowe, pozostawał aktorem niezwykle uważnym wobec człowieka.
Był też aktorem głęboko zakorzenionym w swoim mieście. Kraków nosił w głosie, w sposobie bycia, w tym charakterystycznym skupieniu, które odróżniało go od wielu bardziej „medialnych” kolegów. Nigdy nie sprawiał wrażenia artysty zabiegającego o popularność. Paradoksalnie właśnie dlatego budził tak wielki szacunek.
Dziś, gdy wraca się do archiwalnych spektakli Teatru Telewizji, widać wyraźnie, że Trela należał do ostatnich wielkich aktorów formacji inteligenckiej — tych, którzy traktowali teatr jak rozmowę o sprawach najważniejszych. Nie zawsze wygodnych, nie zawsze efektownych, ale koniecznych.
I może właśnie dlatego po jego śmierci zostało coś więcej niż pamięć o znakomitych rolach. Wraz z Jerzym Trelą odchodził pewien etos aktorstwa — teatr skupiony na człowieku, słowie i wewnętrznej prawdzie.
Dziś, gdy teatr coraz szybciej znika w doraźności i archiwalnym rozproszeniu, tym większe znaczenie ma książka Beaty Guczalskiej poświęcona Jerzemu Treli. To nie tylko zapis biografii wybitnego aktora, ale także przypomnienie pewnego sposobu myślenia o teatrze — opartego na pracy, skupieniu i odpowiedzialności za słowo.
Narodowy Stary Teatr