Choć radykalnie wyraziłem swój sprzeciw wobec „Klątwy”, uznając dzieło Frijicia za prowokację pozbawioną głębszej myśli, nie potrafię o niej zapomnieć. Polski teatr nigdy wcześniej ani później nie był tak blisko brechtowskich idei, wpisania politycznego w prywatne i na odwrót. „Opera za trzy grosze” nie wykorzystuje niemieckiej koncepcji teatralnej nawet w połowie tak dobrze, co nie zmienia faktu, że ma bardzo dużo do zaoferowania.
Mondtag prezentuje starą, dobrą historię o Peachumie zarabiającym nieprzyzwoite pieniądze na biblijnych cytatach i niedoli ubogich; jego córce Polly, która wyrywa się z rąk rodziców i wychodzi za bandytę, czyli Mackiego Majchra – złodzieja, zabójcę i gwałciciela – oraz o całym Londynie, który poprzez korupcję i moralne zepsucie legitymizuje bandyctwo bohaterów.
To, co dla niektórych będzie efekciarstwem, dla mnie jest rewelacyjnym warsztatem. Scenografia stoi na najwyższym poziomie – wszystkie elementy utrzymane są w ekspresjonistycznej estetyce, przywodzącej na myśl klasyki niemieckiego kina niemego. Do tego dochodzi monochromatyczność, która przekłada się również na kostiumy postaci. Te nawiązują często do realiów historycznych, szczególnie ruchów faszystowskich, a jednocześnie mają w sobie coś bajkowego – jak gdyby postacie uciekły właśnie z balu u Królowej Kier. Równie spójna jest charakteryzacja, podkreślająca slapstickowość postaci. W połączeniu z ciągłym ruchem bohaterów i obiektów widz otrzymuje widowisko magiczne – teatralne medium zostaje rozpędzone i działa jak dobrze naoliwiona maszyna.
A jednak można powiedzieć, że to maszyna równie sprawna, co stara. Spektakl wspaniale realizuje znaną historię, ale nie poszerza jej ani formalnie, ani treściowo. Nie zawsze musi być to problem – jestem zdania, że głównym zadaniem reżysera jest dotarcie do sensu opowiadanej historii; nie zawsze musi to oznaczać bezpośrednie analogie do współczesności.
Zdaję sobie sprawę, że spektakl ma siłę uniwersalną, trochę jak „Tango” Mrożka czy „Folwark zwierzęcy” Orwella. Z drugiej strony, wychodząc z teatru, czytam o ataku Stanów Zjednoczonych na Iran, exposé Radosława Sikorskiego i skutkach czteroletniej wojny na Ukrainie – myślę sobie, że „Opera za trzy grosze” nie dostrzega tej rzeczywistości, choć trochę by chciała. Czasami tylko mruga do widza poprzez umieszczenie litery Z na sztandarach, subtelnie nawiązując do zbrodniczych działań Federacji Rosyjskiej. Nawet temat kłamliwego kapitalizmu – tak istotny dla oryginału – jest tutaj raczej powojennym wspomnieniem niż diagnozą.
Co nie znaczy, że dzieło Mondtaga unika wszelkich eksperymentów formalnych. Bardzo dobrym zabiegiem jest umieszczenie na scenie performerów, którzy co jakiś czas wybijają widzów z politycznej bajki, dodając do niej szczyptę naturalizmu. To już nie symbol, lecz przełamanie konwencji, sprawnie gryzące się z groteskowym charakterem scen. Jest też wiele elementów komediowych, które może nie wytrącają widza z uwagi na powagę sceny, ale przemycają gorzką ironię w skocznych piosenkach. Czyni to spektakl niezwykle uniwersalnym.
Najbardziej przykuwa uwagę młoda Polly, która aparycją przywodzi na myśl oldschoolową wersję Harley Quinn – to zdecydowanie najwyrazistszy występ aktorski. Ale i cyniczny Peachum, jego energiczna żona, niezdarna świta zbójów czy przebiegła kochanka potrafią nie raz zaczarować scenę. Majcher wypada poprawnie, lecz pełnię swoich możliwości ujawnia dopiero w scenach konfrontacji z szefem lokalnej policji – Jackie „Tiger” Brownem. W duecie z nim zrzuca maskę popkulturowego „Jokera” i nabiera scenicznej swobody, stając się postacią bardziej drapieżną, chwilami wręcz zawadiacko piracką.
Parodystyczne występy muzyczne zostają w głowie, a dopełnia tego dobra muzyka, grana zresztą na żywo, co warto docenić. Jedyne, co mi przeszkadzało, to słaba słyszalność niektórych partii tekstu – możliwe, że to kwestia nagłośnienia, bo dykcja aktorów wydawała się poprawna. Może warto byłoby rozważyć spektakl bez mikroportów?
Narodowy Stary Teatr nie zdecydował się wtrącić w życie Polaków. Szkoda — nie zawsze zgadzam się z teatrem interwencyjnym, ale zawsze go cenię. Mimo to mam do „Opery za trzy grosze” dużo sympatii. To spektakl, który spotyka się z widzem. Mówi mu: „Będę teatrem w całej okazałości, a ty po prostu bądź ze mną” – i dobrze mówi. To spotkanie formalnie olśniewające, a treściowo, choć nieprzełomowe, często trafne. To Brecht muzealny, ale w swojej gablocie niezwykle oświetlony.
Narodowy Stary Teatr