„Termopile polskie” Jana Klaty w Teatrze Narodowym imponują rozmachem wizualnym, ale stawiają przed widzem wysokie wymagania intelektualne. To nie lekcja historii, lecz próba uchwycenia mechanizmów, które wracają w polskim doświadczeniu zbiorowym. Czy na pewno odkrywcza?
Klata po raz kolejny wraca do dramatu Tadeusza Micińskiego, napisanego w 1913 roku, gdy Europa szykowała się do wojny, a w Polsce rozbrzmiewało pytanie: „bić się czy nie bić?”. Bierze na serio symbolizm i neomesjanizm Micińskiego, przeładowując spektakl znaczeniami. Wymaga od widza zarówno uważności w dekodowaniu znaków, jak i elementarnej wiedzy historycznej: o rozbiorach, Konstytucji 3 maja, losach Tadeusza Kościuszki i księcia Józefa Poniatowskiego. Życiorys tego ostatniego wyznacza zresztą oś opowieści o Polsce w latach 1787–1813, którą Klata czyta przez pryzmat aktualnych wydarzeń.
Karol Pocheć, znakomity jako Pepi, uosabia żywioł młodych i porywczych – tych, którzy chcą się bić. Jego kostium nawiązuje do współczesnych mundurów wojskowych, a filmujący go dron jest wyraźnym odniesieniem do dzisiejszego pola walki i sytuacji w Ukrainie. Z drugiej strony jest mistrzowski Jerzy Radziwiłowicz, który portretuje Stanisława Augusta jako władcę zmęczonego, rozczarowanego, niezdolnego do działania – człowieka, którego wizja królowania odbiega od rzeczywistości, w jakiej przyszło mu panować. Danuta Stenka jako Katarzyna II precyzyjnie łączy kobiece rozkapryszenie z chłodną bezwzględnością. Oskar Hamerski w roli Potiomkina pokazuje żądnego władzy manipulanta. Pomiędzy nimi znajduje się Wita (przejmująca Anna Grycewicz) – alegoria Polski, kraju, którego wszyscy pragną posiąść i zniewolić. Mocno rezonuje scena Sejmu Grodzieńskiego, gdy szybko okazuje się, że Wita/Polska nie może liczyć na pomoc tych, którzy jeszcze niedawno uważali się za jej przyjaciół.
Klata bardzo surowo ocenia rządzących, zrzucając na nich winę i odpowiedzialność za śmierć zarówno tych, którzy postanowili się bić, jak i tych, którzy walkę odrzucają. Symbolem tej diagnozy są portrety Radziwiłowicza i Stenki wyświetlane na ekranie z tyłu sceny, z oczami zasłoniętymi czarnym paskiem – jak u pospolitych kryminalistów.
Symboliczna staje się także scenografia Justyny Łagowskiej: ciągnący się wzdłuż sceny równy zasiew grudek ziemi przywodzi na myśl pola, okopy i żołnierskie groby. Na tym tle Klata buduje kolejne mocne obrazy, które układają się w zaczerpniętą wprost z dramatu Micińskiego diagnozę: w obliczu zagrożenia ze wschodu Polacy zawsze orientują się zbyt późno. Władza zajęta jest bowiem samą sobą, a społeczeństwo – kłótniami. Dziś, w cieniu wojny w Ukrainie i wobec Rosji konsekwentnie realizującej swoje imperialistyczne, zapisane w DNA dążenia, brzmi to jak ostrzeżenie. Paradoksalnie jednak, przy takiej konstrukcji spektaklu, jaką proponuje Klata, jest ono w stanie trafić wyłącznie do publiczności myślącej, analizującej i świadomej polityczno-społecznych realiów współczesności. A więc tej, która doskonale zdaje sobie sprawę, że – jak przypomina plakat do spektaklu autorstwa Bartłomieja Kiełbowicza – wojna już trwa.
https://narodowy.pl/repertuar,spektakle,450,termopile_polskie.html