Cezary Tomaszewski od lat konsekwentnie podważa utrwalone sposoby myślenia o teatrze muzycznym. Nie interesuje go rekonstrukcja operowego „oryginału” ani estetyka muzealnego odtwarzania klasyki. Znacznie bardziej fascynuje go moment, w którym muzyka zaczyna funkcjonować w nowych warunkach — przepuszczona przez współczesną wrażliwość, niedoskonałość wykonawców i teatralną umowność. Tak było w „Cezary idzie na wojnę”, gdzie pieśni Moniuszki zderzały się z autobiograficznym performansem, tak było w jego realizacjach Monteverdiego czy Webera, gdzie operowy patos nieustannie stykał się z codziennością, cielesnością i ironią. „Don Giovanni” przygotowany ze studentami Akademii Teatralnej wydaje się naturalnym rozwinięciem tego myślenia.
Tym razem Tomaszewski nie próbuje jednak opowiadać Mozarta od nowa ani na siłę go aktualizować. Interesuje go raczej sam mechanizm grania uczuć i odgrywania społecznych ról. Bohaterowie funkcjonują tutaj trochę jak ludzie wynajmujący sobie emocje na określony czas — nie tyle przeżywający miłość, ile próbujący odegrać jej wyobrażenie. Ten pomysł nie zawsze znajduje pełne rozwinięcie dramaturgiczne, bo tekst Eliasza Niezgody chwilami zatrzymuje się na poziomie dobrze rozpoznanych diagnoz dotyczących współczesnej samotności i emocjonalnego zagubienia. Są sceny bardzo celne, ale są też momenty, kiedy spektakl bardziej komunikuje swoje znaczenia, niż naprawdę je buduje.
Najciekawsze okazuje się więc coś innego: sposób, w jaki Tomaszewski pracuje z wykonawcami. To przedstawienie właściwie od początku świadomie rezygnuje z operowej perfekcji. Młodzi aktorzy nie próbują imitować zawodowych śpiewaków i właśnie dzięki temu muzyka Mozarta odzyskuje tutaj pewną świeżość. Partie wokalne bywają nierówne, czasem bardziej intuicyjne niż technicznie precyzyjne, ale kryje się w nich autentyczne emocjonalne ryzyko. Reżysera interesuje bowiem nie idealnie wykonana fraza, lecz moment, w którym śpiew staje się przedłużeniem obecności scenicznej.
To bardzo charakterystyczne dla jego teatru. Tomaszewski od dawna pracuje na napięciu między profesjonalną formą a ludzką kruchością wykonawcy. W jego najlepszych spektaklach najważniejsze nie jest techniczne mistrzostwo, ale sytuacja człowieka wystawionego na spojrzenie widza — trochę bezbronnego, trochę performującego samego siebie. W „Don Giovannim” ten mechanizm staje się szczególnie widoczny, ponieważ mamy do czynienia z dyplomem młodych aktorów stojących właściwie na granicy między szkolnym ćwiczeniem a zawodowym teatrem. I właśnie ta niegotowość okazuje się momentami największą wartością przedstawienia.
Mary Pawłowska buduje Don Giovanniego dalekiego od stereotypowego uwodziciela. Jej bohater nie dominuje przestrzeni agresywną charyzmą. Raczej pozwala innym projektować na siebie fantazje i oczekiwania. Im bardziej kolejne postaci próbują uczynić z niego obiekt własnych pragnień, tym mocniej widać jego emocjonalne wycofanie i zmęczenie. Pawłowska unikając łatwej ekspresji pozostaje postacią niejednoznaczną niemal do samego końca.
Dobrze wypadają również sceny zespołowe, w których spektakl nabiera lekkości i rytmu. Widać, że Tomaszewski znakomicie czuje dynamikę grupy i potrafi budować teatralność z prostych gestów, spojrzeń czy muzycznych kontrapunktów. Najlepiej działa wtedy, gdy przestaje dopowiadać sensy i ufa samej obecności aktorów oraz muzyce.
Warstwa muzyczna pozostaje zresztą największym atutem tego przedstawienia. Aranżacje Mariusza Obijalskiego i Michała Leśniaka nie próbują „ulepszać” Mozarta ani zamieniać go w łatwy crossover. Muzyka przechodzi tutaj przez różne stylistyczne rejestry — od songu aktorskiego po jazzowe i musicalowe brzmienia — ale zachowuje wewnętrzną spójność. Co ważne, śpiew nie zatrzymuje akcji, lecz buduje emocjonalny puls całego spektaklu.
Nie wszystko działa równie dobrze. Dramaturgia z czasem zaczyna się powtarzać, a niektóre sceny sprawiają wrażenie wariacji rozegranych wokół tego samego pomysłu. Przedstawieniu momentami brakuje mocniejszego przełamania i większego dramaturgicznego napięcia. Paradoksalnie jednak nawet te nierówności wpisują się w charakter tego projektu. „Don Giovanni” Tomaszewskiego nie jest przecież spektaklem o skończonych formach i zamkniętych znaczeniach. Bardziej przypomina próbę sprawdzenia, co wydarzy się, kiedy młodzi aktorzy wejdą w kontakt z materią większą od nich samych.
Dlatego najciekawsze pozostaje tutaj właśnie spotkanie studentów z Mozartem — kompozytorem, który nieustannie wymyka się interpretacjom i którego muzyka okazuje się silniejsza od każdej konwencji. Tomaszewski nie buduje pomnika klasyce. Pokazuje raczej proces zmagania się z nią: czasem niepewny, czasem chaotyczny, ale dzięki temu żywy i prawdziwy.
Teatr Collegium Nobilium