Pamela Leończyk od kilku realizacji konsekwentnie rozwija teatr oparty na napięciu między bliskością a emocjonalnym oddaleniem bohaterów. Już w „Tęsknicy” interesowały ją postaci żyjące obok siebie, ale nieumiejące naprawdę się porozumieć. Bohaterowie tamtego spektaklu nieustannie próbowali nawiązać kontakt, jednak każda relacja szybko okazywała się powierzchowna albo podszyta lękiem. W „Opowieści zimowej” reżyserka zderzała chłodny dystans wobec klasycznego tekstu z dużą czułością wobec postaci. „Balladyna. Nic gorszego się nie stanie” rozwija te wcześniejsze tropy, ale robi to w sposób bardziej konsekwentny i scenicznie dojrzalszy.
W nowym przedstawieniu samotność bohaterów zostaje pokazana w świecie podporządkowanym obrazowi, kontroli i kreacji. Balladyna nie tworzy relacji z innymi — raczej próbuje nimi zarządzać. Kirkor zakochuje się bardziej w wyobrażeniu niż w realnej osobie, a Alina wydaje się jedyną postacią zachowującą jeszcze odruch szczerości. Najciekawiej została pomyślana Goplana. Leończyk odchodzi od tradycyjnego ujęcia tej postaci i czyni z niej kogoś, kto wpływa na rzeczywistość niczym reżyserka cudzych emocji i zachowań. Dzięki temu dramat Słowackiego przestaje być opowieścią wyłącznie o winie i karze, a zaczyna mówić o świecie, w którym ludzie coraz częściej funkcjonują poprzez role, jakie sami sobie narzucają.
Ogromną rolę odgrywają w spektaklu multimedia, ale ich obecność nie sprowadza się do efektownego dodatku. Kamery, projekcje i lalki zostały włączone w sam sposób opowiadania historii. Aktorzy jednocześnie grają, animują i obsługują urządzenia, przez co scena pozostaje w ciągłym ruchu. Widz ma poczucie uczestniczenia w rzeczywistości niestabilnej, jakby wszystko mogło za chwilę wymknąć się spod kontroli. To bardzo dobrze współgra z historią Balladyny, która krok po kroku traci panowanie nad własnym światem.
Najbardziej zapadają w pamięć sceny z miniaturowymi marionetkami i makietami. Nie są jedynie pomysłowym chwytem formalnym, ale pełnią ważną funkcję interpretacyjną. Oglądani z dystansu bohaterowie przypominają figury w okrutnej grze, której zasad do końca nie rozumieją. Leończyk pokazuje w ten sposób ludzi uwięzionych w mechanizmach silniejszych od nich samych — ambicji, pożądania i potrzeby kontroli. To rozwinięcie tematów obecnych już wcześniej w jej teatrze, choć tutaj wszystko zostało pokazane ostrzej i bardziej bezpośrednio.
W „Tęsknicy” emocjonalny chłód miał jeszcze wymiar bardzo intymny. W „Balladynie” staje się doświadczeniem całego świata przedstawionego. Bohaterowie stale obserwują siebie nawzajem, kontrolują własne zachowania i funkcjonują bardziej poprzez swój wizerunek niż prawdziwą obecność. Właśnie dlatego tak dobrze sprawdzają się tu środki teatru lalek — lalka staje się nie tylko partnerem aktora, ale także jego odbiciem, maską albo ukrytą wersją samego siebie.
Leończyk znacznie lepiej niż wcześniej panuje również nad rytmem przedstawienia. W poprzednich realizacjach zdarzało się, że nadmiar pomysłów formalnych osłabiał emocjonalny ciężar opowieści. Tutaj proporcje zostały zachowane dużo precyzyjniej. Humor nie rozbija napięcia, lecz przeciwnie — pozwala mocniej odczuć tragedię bohaterów. Dobrym przykładem jest pojawiający się na ekranie napis „Loading”. Początkowo działa jak prosty żart, ale po chwili zaczyna znaczyć znacznie więcej — pokazuje świat, który nieustannie się zacina, zawiesza i wymaga ponownego uruchomienia.
Największą siłą tego dyplomu pozostają jednak aktorzy Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu. Zespół imponuje techniczną sprawnością i dużą świadomością pracy z formą. Studenci nie traktują lalek jako efektownego dodatku do gry aktorskiej. Animacja staje się tu naturalnym przedłużeniem emocji i sposobu budowania postaci. Dzięki temu relacje między bohaterami mają podwójną intensywność — rozgrywają się jednocześnie między aktorami i między ich scenicznymi odpowiednikami.
Można mieć zastrzeżenia do finału, który wydaje się rozegrany zbyt szybko. Ostatnie sceny sprawiają wrażenie, jakby spektakl nagle przyspieszał i nie dawał Balladynie wystarczająco dużo miejsca na pełne wybrzmienie jej przemiany. Z drugiej jednak strony ten pośpiech dobrze oddaje logikę całego przedstawienia — świata funkcjonującego w stanie ciągłego przeciążenia, w którym wszystko zmierza nieuchronnie ku katastrofie.
„Balladyna. Nic gorszego się nie stanie” pokazuje, że teatr lalek może bardzo celnie opowiadać o współczesnych lękach i kryzysach relacji. Pamela Leończyk nie próbuje jedynie modernizować Słowackiego ani dopisywać mu aktualnych kontekstów. Znacznie bardziej interesuje ją człowiek funkcjonujący w rzeczywistości pełnej obrazów, napięć i nieustannego odgrywania ról. Właśnie dlatego jej spektakl nie sprawia wrażenia efektownego ćwiczenia formalnego, lecz konsekwentnie przemyślanej i bardzo współczesnej interpretacji klasycznego dramatu.
AST Wrocław