Zastanawiające jest, jak różne formy teatralnego „Procesu” zapisują się w pamięci widza i według jakich praw rządzi się ich trwałość. Wczorajsze przedstawienie „Procesu” w Teatrze Muzycznym w Łodzi powraca dziś raczej jako sekwencja obrazów i dźwięków niż jako spójna opowieść, podczas gdy inscenizacja „Procesu” w reżyserii Adam Hanuszkiewicz sprzed lat, w której grali m.in. Małgorzata Braunek, Zdzisław Wardejn i Jerzy Turek, pozostaje w pamięci jako doświadczenie skupione, niemal cielesne, związane z obecnością aktora i ciągłością jego scenicznego istnienia. Dzieli je nie tylko różnica estetyk, lecz także dystans kilku dekad – a więc zmiana całych języków teatralnych, sposobów myślenia o scenie i o funkcji aktora. Ta różnica nie wynika więc wyłącznie z nostalgii, lecz odsłania głębsze przesunięcie w sposobie konstruowania spektaklu: od teatru, który organizuje się wokół postaci i jej dramatycznej trajektorii, ku teatrowi, który rozprasza znaczenia w wielości równoległych bodźców, budując raczej pole percepcji niż linearną narrację.
Spektakl Szydłowskiego rozwija się właśnie w tym drugim kierunku. Nie tyle opowiada historię Józefa K., ile rozpisuje ją na serię scenicznych zdarzeń, które funkcjonują jak autonomiczne segmenty większej całości. Kolejne obrazy nie wynikają z siebie na zasadzie przyczynowo-skutkowej, lecz układają się w rytmiczny ciąg napięć i rozładowań. Ruch scen zbiorowych, precyzyjnie zorganizowany i powtarzalny, kontrapunktowany jest momentami zatrzymania – songami, które wyłączają akcję z biegu i kierują uwagę ku stanom emocjonalnym. W tych fragmentach muzyka nie pełni funkcji ilustracyjnej ani dramatycznej w klasycznym sensie; staje się raczej przestrzenią zawieszenia, w której postaci istnieją intensywniej, ale niekoniecznie bardziej jednoznacznie.
Warstwa wizualna spektaklu organizuje się wokół idei multiplikacji przestrzeni. Scenografia – zbudowana z modułów, ram i powtarzalnych elementów – nie odwzorowuje świata przedstawionego, lecz go przetwarza. Poszczególne miejsca akcji nie mają charakteru stabilnych lokacji; są raczej chwilowymi konfiguracjami tej samej materii scenicznej. W efekcie przestrzeń nabiera cech mechanizmu: działa, zmienia się, produkuje kolejne obrazy. Jednocześnie kostium i światło wprowadzają wyraźne kody estetyczne, które nie tyle porządkują rzeczywistość, ile ją rozszczepiają – każda postać zdaje się przynależeć do nieco innego porządku wizualnego.
W takim układzie aktor nie stanowi już centrum przedstawienia, lecz jeden z jego równorzędnych elementów. Jego obecność wpisana jest w strukturę zbiorową, podporządkowana rytmowi scen i choreografii. Nawet postać Józefa K. nie buduje tu klasycznej osi dramaturgicznej; jest raczej punktem orientacyjnym, przez który widz przemieszcza się pomiędzy kolejnymi obrazami. Aktorstwo rozkłada się pomiędzy indywidualne gesty a działania zespołowe, tracąc swoją dawną funkcję organizowania sensu.
To przesunięcie najlepiej tłumaczy różnicę w sposobie zapamiętywania spektaklu. Teatr Hanuszkiewicza, zakorzeniony w silnej obecności aktora, pozostawiał po sobie wyraźne, niemal materialne ślady – twarze, głosy, konkretne sytuacje sceniczne. Tutaj pamięć działa inaczej: przechowuje fragmenty, rytmy, układy przestrzenne, barwy i dźwięki. Nie rekonstruuje opowieści, lecz przywołuje doświadczenie percepcyjne.
„Proces” w tej realizacji jawi się więc jako przedstawienie, które nie dąży do scalania swoich elementów w jedną, nadrzędną strukturę znaczeń. Przeciwnie – jego siła polega na utrzymywaniu napięcia między różnymi porządkami: muzycznym, wizualnym, performatywnym. To teatr, który nie tyle prowadzi widza przez historię, ile umieszcza go wewnątrz zmiennego układu bodźców, wymagającego nieustannego przełączania uwagi. I być może właśnie w tym doświadczeniu – bardziej rozproszonym niż linearnym, bardziej zmysłowym niż narracyjnym – kryje się jego najbardziej charakterystyczny rys.
Teatr Bagatela