Stojąc na wietrznym molo w Brighton, poczułam, jak słona bryza miesza się z zapachem frytek i czymś, co nazwałabym „duchem roku ’74”. To tutaj, w Brighton Dome, obok Royal Pavilion, czwórka Szwedów w butach na wysokich koturnach wywróciła świat do góry nogami. Ja miałam wtedy jeszcze naście lat, burzę niesfornych włosów – właściwie mam ją do dziś – i głowę pełną marzeń, które rymowały się z „Waterloo”: promise to love you forevermore. Utożsamiałam się z Agnethą Fältskog.
Przyjechałam tu jako dojrzała kobieta i dopiero na miejscu przypomniałam sobie, że właśnie tutaj ABBA wygrała Eurovision Song Contest 1974. Zobaczyłam wystawę w Brighton Museum & Art Gallery i reportaż filmowy z tego koncertu, gdzie członkowie zespołu tak młodzieńczo i entuzjastycznie mówią o radości wygranej. Usiadłam tam na ławeczce w muzeum i się zamyśliłam. Obok były pudełka z kostiumamai, dzieci się przebierały i tańczyły do dźwięków Abby.
I wiecie co? ABBA to nie jest tylko zespół. To nasza młodość, zamknięta w tamtej muzycznej harmonii i ogromnej ekscytacji, że rozumiemy teksty piosenek. Satysfakcja z nauki języka angielskiego. Patrząc na błękit English Channel – jak mówią Anglicy – zrozumiałam, że my, pokolenie tamtej euforii, jesteśmy trochę jak ich piosenki. Z pozoru radosne i błyszczące od cekinów, ale pod spodem podszyte melancholią, o której śpiewała Agnetha w „The Winner Takes It All”. Nasze córki nadal tęsknią za modą lat siedemdziesiątych.
W Brighton wciąż jest kolorowo, liberalnie, nowocześnie i bardzo tolerancyjnie. Muzeum podkreśla te cechy w swoich wystawach. Dojrzała kobieta, dekadę młodsza od współczesnej Agnethy, może czuć się tam autentycznie wolna. ABBA daje tamtą radość. Oni się nie zestarzeli – oni się zdigitalizowali, stali się nieśmiertelnymi „Abbatars”.
Zamieniliśmy dzwony na wygodne spodnie, koturny na sportowe buty, a nieprzespane noce na spokojne poranki z widokiem na morze.
Moja refleksja z tej podróży? Nie wygraliśmy bitwy z czasem, tak jak Napoleon Bonaparte pod Battle of Waterloo, ale wciąż potrafimy tańczyć: I feel like I win when I lose. Może wolniej, może z lekkim kłuciem w kręgosłupie, biodrze lub z zerwanym wiązadłem kolanowym, ale z tym samym błyskiem w oku, który pojawił się, gdy świat po raz pierwszy usłyszał radosne I have met my destiny… my my.
Bycie „Dancing Queen” w wieku sześćdziesięciu lat to nie kwestia sprawności stawów, lecz odwagi, by wciąż cieszyć się muzyką, która kiedyś obiecała nam, że życie będzie jedną wielką piosenką. Królową parkietu udawało mi się być wielokrotnie przy różnych okazjach – w kraju i za granicą. Szczególnie na zjazdach szkolnych. Najbardziej pamiętam pobyt w angielskim bliźniaczym mieście w 1996 roku, gdzie tańczyliśmy przy muzyce na żywo z zespołem przebranym za Abbę. Pierwszy raz widziałam takie show.
Pamiętacie, co się działo w 1976 roku, gdy w listopadowy wieczór w Telewizji Polskiej zobaczyliśmy zespół ABBA? To było jak lądowanie kosmitów w szarym PRL-u. Skromna scenografia, słynne pudełka i jakaś niby folia – a jednak magia.
Dla mojego pokolenia ta czwórka ze Szwecji nie była tylko zespołem. Byli obietnicą innego świata – pełnego brokatu, koloru i uśmiechów, których na naszych ulicach brakowało.
Dwa tygodnie temu, gdy patrzyłam na reklamy ABBA Voyage w Londynie, czułam pewne spełnienie. Od ponad dwudziestu lat znów należymy do zachodniego świata. Możemy sobie pozwolić na zachcianki – na wyjazdy i bilety na wirtualny koncert.
Z jednej strony to magia, z drugiej świadomość, że minęło ponad pięćdziesiąt lat od sukcesu Abby, a oni znów są młodzi. Zmarszczki pojawiają się na twarzy, gdy śmiejemy się do wspomnień. Oczy widzą niedokładnie, nawet w okularach. Ten galaktyczny koncert oglądamy jednak z każdym detalem.
Piosenki ABBY starzeją się inaczej niż my. Nie tracą blasku, choć pod tą radosną warstwą disco zawsze wyczuwałam nutkę smutku – tę ich słynną „melancholię undercover”. „The Winner Takes It All”, „SOS” czy „Fernando” smakują dziś zupełnie inaczej niż wtedy, gdy miałam dwadzieścia lat. Wtedy to był dramat. Dziś to opowieść o tym, co w życiu naprawdę straciliśmy i co udało nam się ocalić.
Często myślałam o dziewczynach z Abby. W dobie internetu dowiedzieliśmy się o nich wszystkiego. Wiodą dostatnie życie w Szwecji i Szwajcarii. Też naturalnie się starzeją. Realizują swoje muzyczne pasje. Projekt ABBA Voyage jest ich największym przedsięwzięciem ostatnich lat.
Patrzę na swoje zdjęcia z tamtych czasów, przeglądam pamiętniki i myślę, że duchowo wcale się nie starzeję. Może to niedojrzałe? Nadal realizuję młodzieńcze pasje: pisanie, naukę języków obcych, podróże. Sukcesy też są – szyte na własną miarę.
ABBA wraca co jakiś czas – choćby dzięki musicalowi i filmowi “Mamma Mia!” czy spektaklowi ABBA Voyage (2022–2026).
Możemy mieć po sześćdziesiątce. Możemy już nie mieścić się w tamte dzwony. Ale gdy tylko zaczyna się „Mamma Mia” czy „Dancing Queen”, każda z nas znów ma siedemnaście lat.
I za tę chwilową nieśmiertelność – Benny, Björn, Agnetha i Anni‑Frid Lyngstad – dziękujemy wam za muzykę. Tak jak wy zwykle dziękowaliście publiczności na koniec koncertów piosenką „Thank You for the Music”.