Dobrze, że teatr ma różne oblicza. Z reguły twórcy chcący odczytać na nowo pewne tematy lub zwrócić uwagę na palące problemy współczesności posługują się rozmaitymi narzędziami: kontrowersją, emocjonalnymi napięciami czy swoiście pojmowanym aktywizmem. Niekiedy chodzi o czystą rozrywkę, a czasem o sceniczne guilty pleasure, przy którym po prostu miło spędza się czas. Tym ostatnim jest Café Luna Teatru KTO.
Inspiracje twórczością Almodóvara ujawniają się w spektaklu na każdym poziomie: dialogów, scenografii i kostiumów. Oddanie na scenie jedynego w swoim rodzaju klimatu hiszpańskiego reżysera to duża sztuka, co jest zasługą całego zespołu. Pierwsze skrzypce (mimo obecności muzyków-mężczyzn) grają oczywiście kobiety. Czwórka przyjaciółek: Carmela (Bożena Zawiślak-Dolny), Rosita (Sylwia Chludzińska), Emma (Katarzyna Galica) i Bianca (Aleksandra Konior-Gapys) spotykają się w urokliwej, podrzędnej spelunie prowadzonej przez Lolę (Małgorzata Hachlowska). Zakrapiana alkoholem noc staje się świetną okazją do rozmów o niespełnionej miłości i tęsknocie za prawdziwym uczuciem. Nie jest to jednak smutna noc rozżalonych kobiet, lecz pełna śpiewu i humoru przejażdżka po tematach damsko-męskich.
Café Luna to spektakl przepełniony muzyką. O uczuciach się tu nie mówi – wyśpiewuje się je. Zresztą partie wokalne należą do najmocniejszych punktów przedstawienia. Aktorki świetnie czują scenę; udaje im się nadać tematycznemu banałowi pewną szlachetność, co pozwala uciec przed infantylnością. Podszyte dwuznacznym humorem teksty może i trącą myszką, ale w połączeniu z grą ciałem, mimiką i gestami bronią się na każdym polu. Dobrze dobrana obsada pozwoliła na zderzenie ze sobą różnych temperamentów i warsztatów scenicznych, dzięki czemu zarówno w scenach zbiorowych, jak i w popisach indywidualnych można było docenić umiejętności występujących.
Dobrze ogląda się teatr, który nie udaje. W Café Luna nie ma filozoficzno-egzystencjalnych rozważań. Nikt też nie próbuje tworzyć głębokich, dramatycznych scen – nie o tym jest ten spektakl. To czerpiąca z almodóvarowskiego kampu prosta historia, opakowana w tematyczną scenografię i kostiumy (Aleksandra Reda). A gdyby ktoś mimo to nie dostrzegł tak oczywistych estetycznych tropów, z pomocą przychodzi queerowy Ricardo (Paweł Wolsztyński). Swoją drogą postać, którą tworzy, w ciekawy sposób stanowi przeciwwagę dla obrazu mężczyzny, o którym marzą bohaterki spektaklu.
Café Luna broni się świetną grą aktorską i porywającym ruchem scenicznym (Wojciech Dolatowski). Mimo paru dowcipów z brodą można tu miło spędzić czas. Choć podskórnie czuję, że nie jestem jeszcze docelowym targetem tej produkcji (wciąż zbyt młody PESEL), bawiłem się nieźle. Nikt mnie nie oszukał – dostałem to, czego się spodziewałem. Czasem tyle wystarczy.
https://teatrkto.pl/spektakle-cafe-luna/