Spektakl zaczyna się sceną sesji terapeutycznej, by z czasem przeobrazić się w zbiór kabaretowych skeczy o zagmatwanej współczesności. Czy to źle? Niekoniecznie. Pomimo krytyki, jaka w ostatnich latach spadła na polskie kabarety, wciąż możemy wracać do wspaniałych piosenek Kabaretu Starszych Panów, występów z Piwnicy pod Baranami czy – w bardziej telewizyjnej odsłonie – ZDCP. Ale czy naprawdę wracamy?
Choć „Jak osiągnąć orgazm…” próbuje obronić się wielkomiejską otoczką, ostatecznie wpisuje się w utrwalone schematy: opiera się na wulgarnych linijkach i łatwych dowcipach, które jedynie „klepią widza po plecach”. W porównaniu do tradycyjnych kabaretów, bohaterami spektaklu nie są już małżeństwa z problemami erotycznymi, lecz sfrustrowani pracownicy korporacji, materialistyczni coachowie, rozwiedzione pary i ich poliamoryczne dzieci – wszyscy z pełnym pakietem współczesnych problemów. Humor pozostaje jednak podobny: żarty często nie mają solidnej podstawy, wynikają jedynie z odniesień do warszawskiej rzeczywistości lub modnych haseł, zamiast wydobywać absurd współczesności – tworzą go na siłę. Gagi wypowiadane są przez postaci równie karykaturalne jak Mariolka z „Paranienormalnych”, przez co trudno mówić o pełnoprawnych bohaterach, a widz nie ma się z kim identyfikować. Fundamenty opowieści okazują się niezwykle kruche.
Bywa jednak, że warstwa muzyczna zaskakuje. Choć nie zawsze perfekcyjna, momentami pozwala na prawdziwe emocjonalne zaangażowanie, nie tracąc przy tym komediowego zacięcia. Wyróżnia się też monolog Bartłomieja Magdziarza – odczyt ojcowskiego listu, który stanowi chyba najmocniejszy punkt spektaklu.
Nie brakuje również ciekawych pomysłów formalnych, przypominających postmodernistyczne eksperymenty Teatru Potem-o-tem. Przykładowo konflikt między polską budżetówką a osobami na samozatrudnieniu przedstawiony jest jako gala walk retorycznych – rozwiązanie oryginalne i efektowne. Niestety, większość żartów sprowadza się do stereotypów, które nie wychodzą poza poziom komiksu z brukowca dla milenialsów.
Chciałbym, aby nowe dzieło Sufina mnie poruszyło – zwłaszcza obserwując zachwyconą publiczność. Niestety, mimo najszczerszych chęci, nie potrafię. Abstrahując od subiektywnego poczucia humoru, reżyser akceptuje kapitalistyczną rzeczywistość pogrążoną w egocentryzmie i życiowej impotencji, nie wnosząc do niej prawie nic. Poza kilkoma konfliktami i względnie udanym zakończeniem, żarty są puste: nie burzą zastanego świata, nie wchodzą z nim w polemikę, a jedynie go hiperbolizują, zadając pytanie: „Ej, czy wiesz, że…?”. Tak, wiem.
W tym kontekście lepiej już sięgnąć po nowe odcinki „Rodzinki.pl” – kiedyś pogodnego serialu o ekonomicznych aspiracjach Polaków, dziś mrocznej wiwisekcji wyższej klasy średniej. Produkcja TVP jest pod wieloma względami nieudana, ale przynajmniej rozwija dobrze znaną formułę. „Jak osiągnąć orgazm…” unika goryczy. W zamian oferuje chemicznie słodkie poczucie komfortu i fałszywe ukojenie.
https://komediowy.pl/