Nazizm stał się dziś historyczną anegdotą, narzędziem gaslightingu, antagonistą kina rozrywkowego, politycznym straszakiem, żartem z „South Parku” i jeszcze wieloma innymi rzeczami. Jak jednak przypomnieć sobie, czym był naprawdę?
Gdy usłyszałem, że Skrzywanek zamierza wyreżyserować spektakl oparty wyłącznie na fragmentach Mein Kampf, ogarnął mnie niepokój. Przy objętości i charakterze tej książki nietrudno wyrwać cytat z kontekstu, włożyć go w usta „przeciętnego Polaka” i zbudować z niego karykaturalnego nazistę. Spodziewałem się skandalu na miarę głośnej „Klątwy” – spektaklu diabelnie sprawnego i widowiskowego, ale uginającego się pod ciężarem własnej tezy.
Myliłem się. Mein Kampf w inscenizacji Skrzywanka nie oferuje łatwej oceny, ale staje się ostrzeżeniem. Reżyser „czyta” tę książkę przez głosy katolików, polityków, patriotów – ukazując, jak absurdalne idee faszyzmu mogą dopasować się do niemal każdego światopoglądu. W tym świecie nawet Matka Boska Częstochowska może zostać uznana za „czystą rasowo”. Tekst wypowiadają także aktorzy grający migrantów i osoby z niepełnosprawnościami – dzięki temu eufemizmy oryginału zostają obnażone, ukazując swoje brutalne, nieludzkie oblicze.
Znakomicie poprowadzony jest rozwój postaci – od pokornego wykładu oczywistości po ekstatyczne wykrzykiwanie haseł o nadczłowieku. Szczególnie wyróżnia się Arkadiusz Brykalski, który zaczyna swoją mowę, niepewnie dukając słowa z wózka inwalidzkiego, by zakończyć ją jako pełnoprawny wódz – krzyczący, wymachujący bronią, budzący autentyczny niepokój.
Spektakl zawiera jednak elementy, które w wyraźny sposób osłabiają jego dramaturgiczną spójność i siłę oddziaływania. Wprowadzenie środków wyrazu takich jak emfatyczna intonacja, rozbudowana choreografia, wstawki musicalowe czy estetyka kostiumowa balansująca na granicy pastiszu – choć interesujące jako autonomiczne formy ekspresji – w zestawieniu z retoryką oryginalnego tekstu Mein Kampf prowadzą momentami do semantycznego przeciążenia. Gęstość dyskursu ideologicznego zderzona z widowiskowością scenicznych środków utrudnia percepcję i osłabia jednoznaczność przekazu. Choć nie chodzi tu o legitymizację treści, lecz o jej krytyczne przetworzenie – aby ten zabieg był skuteczny, konieczna jest precyzja w konstrukcji komunikatu. W przeciwnym razie ironia i groteska tracą swoją funkcję, a widz zostaje uwikłany w estetyczną grę, która rozmywa intencję artystyczną.
Zabiegi interakcyjne prowadzone poza sceną – jak symulacje aktów seksualnych z publicznością w groteskowej kostiumizacji – zamiast wzmacniać krytyczny przekaz, wprowadzają ton błazeński, który dewaluuje powagę tematu. Choć można je odczytać jako próbę demaskacji mechanizmów współudziału widowni, efekt pozostaje raczej efekciarski niż analityczny.
Skrzywanek pozostaje uważnym obserwatorem zbiorowej wyobraźni – z imponującą intuicją diagnozuje mechanizmy, które z pozornie marginalnych napięć społeczno-ekonomicznych prowadzą do autorytarnej katastrofy. Siłą spektaklu jest jego dramaturgiczna progresja: od banalnych prawd do faszystowskiej ekstazy. Brakuje jednak bezkompromisowości znanej z „Klątwy” – momentami mnożenie środków wyrazu sprawia wrażenie, jakby reżyser nie w pełni ufał własnej diagnozie.
„Mein Kampf” nie jest pełnowymiarową analizą współczesnych form faszyzmu, ale stanowi istotny impuls do refleksji. To sugestywny prolog dyskusji, którą widz musi kontynuować już poza teatrem – we własnym myśleniu, w przestrzeni sumienia i obywatelskiej odpowiedzialności.
https://www.powszechny.com/pl/spektakle/mein-kampf