Gdy estetyka nie wystarcza – o dramaturgicznych słabościach “Taty”
O spektaklu „Tata” wg Toona Tellegena w reż. Tomasza Maśląkowskiego z Teatru Lalek Arlekin w Łodzi na 6. Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Lalek dla Dorosłych „Metamorfozy lalek” w Białymstoku pisze Wiesław Kowalski.
Spektakl Tata, przygotowany przez Teatr Lalek Arlekin, został niewątpliwie zrealizowany z dużą starannością wizualną – scenografia, światło i rytm inscenizacji tworzą dopracowaną, spójną całość. Widać tu precyzję i jasną koncepcję formalną. Jednak właśnie ta formalna dyscyplina i estetyczne uporządkowanie wydobywają na wierzch zasadniczy problem przedstawienia: słabość dramaturgicznej konstrukcji, która nie unosi potencjału emocjonalnego tematu.
Autorka scenariusza, Lena Frankiewicz, zestawiła fragmenty literatury Toona Tellegena z osobistymi historiami członków zespołu. Ten gest miał najprawdopodobniej poszerzyć znaczenia, otwierając spektakl na wielość doświadczeń. W rezultacie powstała seria epizodów – lirycznych, groteskowych, niekiedy abstrakcyjnych – które jednak nie tworzą dramaturgicznego ciągu. Brakuje wyraźnie zarysowanej linii rozwojowej, nie śledzimy przemiany ani bohaterów, ani ich relacji. To, co w literaturze funkcjonuje jako zbiór samodzielnych miniatur, na scenie wymaga spięcia – motywu przewodniego lub emocjonalnego rytmu, który poprowadzi widza przez tę układankę.
Józek, postać dziecka, pozostaje głównie komentatorem. Jego relacja z ojcem – choć stale obecna – nie przechodzi żadnej wyraźnej transformacji. Nawet sceny potencjalnie silne emocjonalnie, jak zniknięcie ojca czy momenty smutku, nie wywołują realnego napięcia. Całość zostaje w obrębie narracji „bezpiecznej”, jakby przefiltrowanej przez wspomnienie, które nie boli.
Frankiewicz zdecydowała się na formę kolażu – spektakl funkcjonuje jako zbiór obrazów, wspomnień i refleksji, które nie łączą się w dramaturgiczną całość. Można odnieść wrażenie, że nie została podjęta ostateczna decyzja, czym ten spektakl właściwie ma być: refleksyjnym esejem scenicznym, nostalgiczną baśnią, a może terapeutycznym zapisem wspomnień? Poszczególne warstwy się przenikają, ale nie przekładają się na wyraźny przekaz sceniczny. Zamiast pogłębiać temat, rozmywają go.
Kulminacją ma być scena finałowa, w której aktorzy dzielą się osobistymi wspomnieniami o swoich ojcach. Zabieg ten – zamiast połączyć widza z przedstawionym światem – wytrąca z rytmu spektaklu. Ton osobistego wyznania, pojawiający się nagle po serii teatralnych metafor, wprowadza wyraźny zgrzyt stylistyczny. Intencja wydaje się szczera, ale efekt dramaturgiczny – sztuczny.
Warto zwrócić uwagę na bardzo interesujący zabieg wizualny – postać ojca ukazana jest w różnych skalach, co pozwala odczytywać jego obecność jako symbol zmienności perspektywy dziecka. Pomysł trafny i nośny wizualnie, lecz osamotniony – nie znajduje kontynuacji w akcji scenicznej. Ojciec, jako postać, nie ewoluuje, nie zostaje skonfrontowany z żadnym realnym konfliktem. Emocje pozostają jednostronne – pełne czułości, pozbawione sprzeciwu, napięcia, niejednoznaczności.
Odnoszę wrażenie, że spektakl balansuje między potrzebą wypowiedzi osobistej a obawą przed przekroczeniem granicy komfortu widza. Jest tu chęć stworzenia czegoś ważnego, lecz z jednoczesnym dystansem wobec trudnych tematów. Teatr – również ten tworzony z myślą o młodszej publiczności – nie musi rezygnować z ryzyka. Może mówić o tym, co złożone, niepokojące, niewygodne. Tata tej granicy nie przekracza. Zostaje przy tym, co ładne i bezpieczne.
W rezultacie otrzymujemy przedstawienie, które estetycznie może się podobać, ale emocjonalnie nie zostawia śladu. Porusza się po powierzchni tematu, nie podejmując głębszej rozmowy o tym, czym naprawdę jest relacja między dzieckiem a ojcem – w całym jej skomplikowaniu, sprzeczności i trudzie. W tym sensie Tata zatrzymuje się w pół drogi. I to jest największy niedosyt tej propozycji.
fot. Ha-Wa / Teatr Lalek Arlekin w Łodzi