Pusta, jasna przestrzeń sceny. Cały horyzont zajmuje wyświetlony obraz pola rzepaku – po angielsku „rapeflower’. W języku Szekspira „rape” oznacza gwałt, przemoc seksualną.
Ta gra słów sugeruje kolejne poziomy gry, podejmowanej przez performerkę: z tradycją japońskiego tańca, z przedstawieniem ofiary w kulturze Zachodu. Wreszcie z tzw. male gaze – męskim spojrzeniem na rzeczywistość, w której kobiety są uprzedmiotowiane, a ich prawa i problemy niewidzialne.
W głębi sceny leży w swobodnej pozie kobieca postać. Wydaje się, że jej ciało jest pomalowane albo że to kostium powtarzający kwiatowy wzór. Jeśli dobrze się przyjrzeć, można dostrzec, że deseń jest malowany światłem projektora – artystka jest naga. Wyjąwszy białe skarpetki tabi, podkreślające bezbronność i nie-winność występującej. Projekcje, jak się okaże, są ważnym elementem pokazu.
Performerka rozpoczyna delikatny, łagodny ruch, nie może jednak poruszać się swobodnie. Jej poczynania kodyfikują słowa z off-u: zaciskaj uda i kolana, stul ramiona, pochyl się i przyczaj. Uważaj, żeby pod kimonem nikt nie sięgnął po twoją pierś. Jest jak przyczajony tygrys, ukryty smok– i przez większą część swojej opowieści taką czujną postawę zachowuje. Tańcząc, między zaciśniętymi udami przenosi drobne rekwizyty, jak choćby mikrofon.
Ta opresja wydaje się nieco absurdalna wobec jej nieosłoniętego ciała. Wrzuca jednak widza na głęboką wodę emocji i pozwala mu wraz z artystką zanurzyć się w świecie, w którym normy wyznacza męska przyjemność. Taniec jiutamai, którego elementy Hana Umeda wykorzystuje w swoim pokazie, był tradycyjnie wykonywany przez kobiety dla mężczyzn w dzielnicach rozkoszy, zwykle przez gejsze – utożsamiane często z tancerkami i aktorkami. Tak jak w tradycyjnym tańcu ciało performerki odpowiada na dźwięki japońskiego instrumentu – shamisenu. Muzyce podporządkowane są zwłaszcza ruchy wachlarzem: od delikatnych drgań po zamaszyste wibracje. Charakterystyczne poruszanie się na ugiętych nogach, lekko pochylona sylwetka i cała gama ruchów specjalnym wachlarzem stanowiły opowieść, w której wiele zależało od wyobraźni i znajomości rzeczy odbiorców. Nieazjatycki widz może mieć z tym lekki kłopot, dlatego artystka historię dokonanego na niej przed laty gwałtu osadza w europejskim doświadczeniu.
Napięcia i poruszenia ciała są objaśniane przez zdania lakonicznie informujące o przerażeniu, poczuciu winy, wstydzie i bezsilności, wyświetlane na telebimach. Scenografia malowana światłem i ograniczająca się do projekcji pastelowych żółtych, potem różowych pejzaży odsyła do „kobiecej” estetyki. Punktem zwrotnym pokazu jest moment, gdy projekcje przenoszą się na ciało artystki. Brzuch, pierś, uda są ekranem, na którym pojawiają się fragmenty „Gwałtu na Lukrecji” Artemisii Gentileschi. To jeden z kilku jej obrazów o tej tematyce – najbardziej dramatyczny, przedstawiający rzymską patrycjuszkę tuz przed popełnieniem samobójstwa. Jego autorka, sama zgwałcona przez nauczyciela perspektywy, swoją wściekłość i cierpienie przelała na płótno. Malarka nie poszła śladem swojej bohaterki, wytoczyła proces oprawcy, a potem zasłynęła z wizerunków kobiet silnych, sprawczych, często szukających zemsty na krzywdzicielach.
W stronę odzyskania kontroli nad ciałem i przepracowania traumy zmierza też pokaz Hany Umedy. Twarz rzymskiej patrycjuszki drga i faluje razem z wyginającym się ciałem i marszczącą się skórą performerki. Ręka ze sztyletem, cała obnażona postać – zwielokrotnione, przenikające się – są tłem ekspresyjnych zmagań, których impulsy pochodzą zarówno z ciała, rzutowanego obrazu, muzyki i przejmującego śpiewu. Synergia doskonała. Taniec staje się wyrazem wolności: pozbycia się wstydu i nieuzasadnionego poczucia winy, w które wpędza ofiarę patriarchalne społeczeństwo. Ciało i umysł odzyskują spokój. Można się ubrać i żyć.
To niesamowicie mocny przekaz – utożsamienie się ze wszystkimi wykorzystanymi kobietami odartymi – rozebranymi – z intymności i godności. Odwrotnie niż w innych pokazach artystki, występującej też pod pseudonimem Sada Hanasaki jako tancerka jiutamai, gdzie m.in. odrzuca warstwy japońskich ubiorów, by dojść do cielesnego sedna, tu w finale zakłada współczesne czarne ubranie. To nie żałoba, jak mogą myśleć Europejczycy, ale znak osiągniętej harmonii między wyparciem a pamięcią. I nie jest to łatwe uspokojenie, a memento zawiera się w przedmiotach, które artystka układa przed sobą na zakończenie. Obok rekwizytów – wachlarza i mikrofonu – zużytą prezerwatywę.
Statystyki są bowiem bezwzględne. Według WHO co szósta kobieta doznała w swoim życiu przemocy seksualnej. Ile z nich siedziało wraz ze mną na widowni? Nie wiem, ale dawno nie słyszałam takiej ciszy podczas spektaklu.
Polska Platforma Tańca