Osiem dramatów i teoretycznie brak wspólnej fabuły, a mimo to „Latający potwór spaghetti”, antologia wydana przez Agencję Dramatu i Teatru, układa się w głowie jako spójna całość.
Nie dlatego, że teksty dopełniają się fabularnie, ale z powodu metody zastosowanej przez Mateusza Pakułę. Podsumowałabym ją schematem: podsuń temat i rozkręć go, nie szczędząc mu abstrakcji (sic!), po czym – zamiast zamykać wątki tezą – pozwól im płynąć. A może raczej nawiązując do tytułu – lecieć.
Na początku jest jednak nauka i jej miejsce w historii ludzkości. To wyróżniająca się, acz nieformalna, nić łącząca osiem dramatów, które znalazły się w „Latającym potworze spaghetti”. W wywiadach potrafi Pakuła mówić o niej z nadzieją – jako o jedynej sile zdolnej ocalić nas przed nami samymi. W dramatach jednak autor pozwala sobie na różne wariacje na temat niepewności. Nauka nie odpowiada tu na wszystko, nie jest bezpieczną przystanią dla tych, którzy pogubili się w meandrach rzeczywistości.
Nie popada jednak Mateusz Pakuła w populistyczny lament nad stanem świata i publicystyczny patos. To nie jest krytyka dla samej krytyki i frazesy o rozpadzie więzi, kryzysie wspólnoty czy cywilizacyjnej marności. Podskórnie wyczuwamy te tematy, ale autor ich nie banalizuje, nie sprowadza do odkrywczych wpisów w mediach społecznościowych.
Mistrz skrótu
Pakuła do perfekcji opanował skrót – potrafi zwięzłym hasłem zaznaczyć obszar i… właściwie zostawić go samemu sobie. Albo raczej – nam, czytelnikom. W „Marcinie wiecznym Arturze” nie znajdziemy (pop)psychologicznej analizy żałoby ani próby zdiagnozowania wyrwy w psychice chłopca, który stracił ojca. W „Wielorybie The Globe” autor nie rozkłada na czynniki pierwsze sytuacji człowieka uwięzionego we własnym ciele. Zamiast tego podsuwa skojarzenia, otwiera tropy i nie idzie żadnym z nich do końca. Nie zajmuje stanowiska. Nie oczekuje, że odbiorca opowie się po którejś ze stron.
To właśnie z tego bierze się paradoksalny efekt. Pomimo tematów żywcem wyjętych z pogranicza kryzysu w tych dramatach jest jakaś lekkość. To rzadkość, a może wręcz odmiana w czasach, gdy od każdego oczekuje się kategorycznego zdania na każdy temat. Pakuła pokazuje, że można dumać nad tym, co się wokół nas dzieje, bez konieczności zajmowania frontu. To niezwykle oczyszczające.
Ciężka lekkość
Żeby ten efekt osiągnąć, autor sięga po pełen arsenał: ironię, refreny, poczucie humoru, absurd, powtórzenia. To właśnie w warstwie językowej jego styl jest najbardziej rozpoznawalny – bezkompromisowy, momentami szorstki, czasem świadomie niepoprawny.
Słowami swoich postaci Pakuła nazywa współczesnego człowieka „szmacianą maskotką”, „pyłkiem na tyłku wszechświata” czy „psem z bawełny z wypreparowanym wnętrzem”. Nasze życie, jakie z tych fraz się wyłania, upływa pod znakiem pustki, pozorów i maskowania. Najmocniejszym tego przykładem są może aktywistki „walczące” o los wieloryba, a w praktyce ograniczające swoje zaangażowanie do zleconego automatowi przelewu na rzecz organizacji prozwierzęcej.
Takich pomniejszych, celnie uchwyconych tematów jest w tomie znacznie więcej. Pakuła łapie je za pomocą błyskotliwych narzędzi – popkulturowych haseł, odniesień filmowych, muzycznych cytatów. Dzięki czemu teksty dają poczucie odkrywczego i świeżego spojrzenia, nomen omen kojącego pomimo brutalności społecznych diagnoz. Bo nie oszukujmy się. Pakuła pozwala nieraz nałożyć różowe okulary, ale jednocześnie jest boleśnie autentyczny i poważny.
Agencja Dramatu i Teatru