HAMLET: REST IN SHIT
O spektaklu “Hamlet” Williama Szekspira w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Szymon Białobrzeski.
fot. Magda Hueckel




O spektaklu “Hamlet” Williama Szekspira w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Szymon Białobrzeski.
fot. Magda Hueckel
W jednym z materiałów promocyjnych Białaszek nazwał świat „Hamleta” gotyckim kiblem. Nic dziwnego. Przestrzeń, którą przedstawia, nie jest gustowną dekoracją dla pięknych myśli tytułowego młodzieńca. To rzeczywistość zbudowana na korporacyjnym kale, który co jakiś czas skapuje na lud pracujący.
Świat obrzydliwie bogatych sukcesorów idealnie zgrywa się z dramatem Szekspira. Białaszek w swojej interpretacji eksponuje proces nadprodukcji, który zatrzymać może tylko Hamlet (Antek Sztaba). No właśnie — może? Mimo deklaratywnego buntu sam zapełnia gotycki kibel razem ze swoją rodziną. Chłopak ironizuje, ale nie tak jak ironizował Sokrates — jego ironia jest pustym gestem sprzeciwu, który jedynie betonuje zastany system. Szekspirowski bohater ma dość siły, by zranić Ofelię, poniżyć poddanych czy obrazić matkę, ale brakuje mu woli, by wyrzec się własnych przywilejów. To bardzo celna diagnoza świadomego pokolenia, uginającego się pod władzą agresywnego kapitału i własnej wygody.
Ale jest to również diagnoza generacji, która coraz częściej nie czuje już, że ma o co walczyć. Choć Hamlet mówi o pomszczeniu zamordowanego ojca, rzadko naprawdę traktuje swój cel serio. A kiedy rzeczywiście próbuje zmobilizować się do działania, matka uświadamia mu, że zmarły był impulsywnym hazardzistą. Wraz z rozpadem wyobrażenia o ojcu znika symboliczny porządek świata, którego można byłoby bronić. Nadprodukcja sprawia więc, że wielkie literackie figury stają się cieniem samych siebie, a defekacja trwa w najlepsze.
To, co dobrze służy ogólnej koncepcji spektaklu, nie zawsze działa równie skutecznie na poziomie poszczególnych scen. Tomasz Plata sugerował w swojej recenzji, że w przedstawieniu nie ma pełnoprawnych postaci, a jedynie ich szkice opatrzone przypisami. To efekt nieustannego ironizowania — równie interesującego, co męczącego. Bohaterowie stale zmieniają sposób mówienia, mnożą popkulturowe klisze i językowe przerysowania. Ich werbalne wypróżnianie się często naprawdę bawi. Jest w tym sprawna postmodernistyczna gra z „Hamletem”, która skutecznie dekonstruuje dramat Szekspira. Do czasu. Niektóre pomysły Białaszka szybko się wyczerpują. Tak dzieje się choćby z królem. Sprowadzenie tak znakomitego aktora jak Arkadiusz Brykalski do kilku okrzyków i problemów z oddawaniem moczu pozostawia poczucie niedosytu. Podobne odczucia mam wobec Rosencrantza (Andrzej Kłak) i Guildensterna (Grzegorz Falkowski) — również potraktowanych dość powierzchownie, mimo ogromnego potencjału obu aktorów.
Tym bardziej wyróżniają się postaci najmocniej zaangażowane i po prostu najzabawniejsze. Mam tu na myśli Horacja (Michał Czachor), Gertrudę (Anna Ilczuk) i Laertesa (Adam Szustak). Horacjo pozostaje figurą do końca niejednoznaczną. W jednej ze scen ujawnia wręcz faszystowskie ciągoty, ale przez większość czasu prezentuje raczej konformizm i permanentną pogodę ducha — przemyka przez ponowoczesność niemal niezauważony. Gertruda dostaje najostrzejsze kwestie i wypowiada je z klasą godną królowej, a zarazem matki próbującej utrzymać resztki kontroli nad rozpadającym się światem. Laertes natomiast, mimo całego tragizmu swojej sytuacji, okazuje się najzabawniejszym bohaterem spektaklu. Jego telefony z Francji, gdzie rzekomo studiuje, rozbawiały mnie do łez — pomylenie elektoratu z lektoratem zasługuje na osobne wyróżnienie.
Zachwycają także kostiumy Sławka Blaszewskiego, świetnie wpisujące się w estetykę nadmiaru i rozpadu. To właściwie skrawki stylizacji przypominające ubrania z przypadkowego lumpeksu — arystokraci nie potrafią stworzyć spójnego wizerunku, ale kolorami, fasonami i detalami wciąż manifestują swój wysoki status społeczny. Czysty kamp.
Po wyjściu ze spektaklu zastanawiałem się jeszcze nad jednym: na ile przekonują mnie fragmenty dopisane przez Białaszka do tekstu Szekspira? Monolog doczepiony do słynnego „być albo nie być” oceniam raczej pozytywnie. To przypis, który rzeczywiście poszerza sens oryginalnego fragmentu. Takie bezpośrednie dopowiedzenia zresztą dobrze wpisują się w tradycję Teatru Powszechnego. Problem w tym, że reżyser nie poprzestaje na jednym takim geście. Ostatni monolog — choć interesujący tematycznie — rozczarował mnie najbardziej. Wypowiedź o zniesieniu dziedziczenia staje się już przypisem nie do konkretnej sceny, ale do całego spektaklu. Białaszek zaczyna dopowiadać ustami bohaterów to, czego wcześniej nie udało mu się wyrazić teatralnym językiem. Formułuje wnioski za widzów. A to odbieram jako oznakę twórczej nieufności wobec własnej inscenizacji.
Trochę zabrakło mi także muzyki. Ta, która się pojawia, działa znakomicie — pobudza, bawi, nadaje rytm — ale pozostawia niedosyt. Tym bardziej że w obsadzie znajduje się niezwykle charyzmatyczny Oliver Woodcock. Mam wrażenie, że właśnie muzyczna energia pomagała wybaczyć niedostatki „Pana Tadeusza, tylko że rapowego”. Tam również postaci nie były szczególnie pogłębione, ale spektakl nadrabiał sceniczną dynamiką. „Hamlet” przez większość czasu musi opierać się głównie na antykapitalistycznym koncepcie, kampowej estetyce i ironicznym humorze. Zazwyczaj to wystarcza. Są jednak momenty, kiedy przedstawienie staje się równie wyczerpane jak ponowoczesne społeczeństwo, o którym opowiada. A brak wiary w sam tekst Szekspira zdecydowanie mu nie pomaga.
To spektakl, do którego mam wiele zastrzeżeń, ale który mimo wszystko mocno doceniam. Białaszek wprowadza do teatru język atrakcyjny dla młodego widza, a jednocześnie niepozbawiony przemyślanego komentarza społecznego. Oglądając „Hamleta”, miałem z tyłu głowy twórców takich jak Harmony Korine, Radu Jude czy Gaspar Noé — artystów operujących postmodernistycznym chaosem, ale robiących to świadomie i konsekwentnie. I dobrze, że podobna energia pojawia się dziś także w polskim teatrze. Nareszcie ktoś naprawdę korzysta z języka nowych mediów, zamiast jedynie wabienia nimi znudzonej młodzieży.
Jeśli chodzi o ostateczny wydźwięk „Hamleta”, na pierwszy plan wysuwa się jeden wniosek: generacja Z nie jest pokoleniem ojcobójców, lecz samobójców — równie tragicznych, co żałosnych we własnym umieraniu. Sami prowadzimy ze sobą wojnę i regularnie ją przegrywamy. Wolimy nie być, niż istnieć jako odpady na wysypisku świata. Białaszek trafnie to diagnozuje, osadzając swoje myślenie w szerszym kontekście społecznym i ideologicznym. A ja? Przyjmuję te diagnozy, choć mimo wszystko wciąż próbuję znaleźć w nich choćby szczątkową nadzieję, że martwi jeszcze kiedyś powstaną.
„Dorota Masłowska nie powinna dostać Nobla. Powinna wygrać konkurs Eurowizji. Może osiągnie to »Pawiem« (»To wcale nie jest żadna piosenka hiphopowa. Piosenki hiphopowe są krótsze i zawierają teledysk albo muzyczny podkład«) albo choćby nowym singlem, który ma wypuścić już przed wakacjami (Adam Mickiewicz również zwał siebie »śpiewakiem«)”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.