Tegoroczne Kaliskie Spotkania Teatralne okazały się zaskakująco spójne ideowo. Rzadko zdarza się werdykt, który można czytać niemal jak manifest estetyczny. Tym razem jednak jury bardzo wyraźnie opowiedziało się po jednej stronie sporu o współczesne aktorstwo. I chyba właśnie dlatego tegoroczny Kalisz mówi więcej o kondycji polskiego teatru niż niejeden programowy esej.
Bo nie jest to werdykt o gwiazdach. To werdykt o zespole.
Najważniejsze decyzje jury – od honorowej nagrody reżyserskiej dla Katarzyny Minkowskiej za „pracę z aktorami” przy „Scenach z życia małżeńskiego”, przez dwie specjalne nagrody dla całych zespołów aktorskich „Scen…” i „Uroczystości”, aż po Grand Prix dla Juliusza Chrząstowskiego – układają się w opowieść o radykalnym przesunięciu myślenia o sztuce aktorskiej.
Jeszcze kilkanaście lat temu podobny festiwal najpewniej premiowałby przede wszystkim role monumentalne: wielkie indywidualności, aktorskie popisy, kreacje zbudowane wokół dominującej osobowości scenicznej. Tegoroczny Kalisz wydaje się mówić coś odwrotnego: najwyżej ceniony aktor to dziś nie ten, który podporządkowuje sobie scenę, ale ten, który potrafi istnieć w relacji.
To zasadnicza zmiana.
Współczesny polski teatr coraz wyraźniej odchodzi od aktorstwa demonstracyjnego, od gry opartej na efekcie, ekspresyjnym geście czy wyraźnie zaznaczonej „wielkości” roli. Jury nagradza raczej umiejętność budowania napięć między aktorami, precyzję partnerowania, emocjonalną przepuszczalność — czyli zdolność aktora do reagowania na partnera, wpuszczania jego energii i emocji do własnej gry — oraz umiejętność współtworzenia scenicznego organizmu.
Grand Prix dla Juliusza Chrząstowskiego jest tutaj bardzo symptomatyczne. Jego Johan w „Scenach z życia małżeńskiego” nie jest przecież rolą efektowną w tradycyjnym sensie. Nie opiera się na widowiskowym geście ani na aktorskim narcyzmie. To rola istniejąca dzięki relacji z Marianne Anny Radwan, dzięki mikrosygnałom, pauzom, rytmowi wzajemnego słuchania. Chrząstowski nie „wygrywa” sceny przeciw partnerce — on ją współtworzy.
I właśnie takie aktorstwo wydaje się dziś najwyżej cenione.
To zresztą widać niemal we wszystkich nagrodzonych rolach. Oskar Hamerski zostaje wyróżniony za niezwykłą wielowarstwowość i płynność przechodzenia między konwencjami. Justyna Kowalska — za zdolność budowania szeregu odmiennych postaci bez utraty spójności scenicznej. Katarzyna Dąbrowska — za balansowanie między komedią a dramatem. Maja Ostaszewska — za emocjonalno-intelektualną intensywność, która nie zamienia się jednak w aktorską demonstrację.
Werdykt Kalisza pokazuje więc bardzo wyraźnie, że dzisiejszy teatr ceni przede wszystkim:
precyzję,
elastyczność,
świadomość formy,
umiejętność modulowania tonów,
czułość wobec partnera,
i zdolność funkcjonowania w wielogłosowej strukturze scenicznej.
To aktorstwo postheroiczne — pozbawione potrzeby dominacji, odchodzące od modelu aktora-herosa, który podporządkowuje sobie spektakl i widownię siłą własnej osobowości.
Może właśnie tak należałoby nazwać dominującą dziś tendencję. Aktor nie jest już samotnym herosem sceny. Nie buduje swojej pozycji poprzez dominację nad spektaklem. Funkcjonuje raczej jako element skomplikowanego układu relacji. Siła bierze się z zespołu.
Dlatego tak ważne wydają się tegoroczne sukcesy teatrów krakowskich.
Czy rzeczywiście najlepsze zespoły aktorskie są dziś w Krakowie? Tegoroczny werdykt bardzo mocno to sugeruje. Zarówno Narodowy Stary Teatr, jak i Teatr Ludowy zostały wyróżnione przede wszystkim za jakość pracy zbiorowej. Ale warto zauważyć: nie chodzi tu o powrót mitu „krakowskiej szkoły aktorstwa” w dawnym znaczeniu. Nie chodzi o charakterystyczną manierę gry, wspólny styl czy określoną estetykę.
Kraków wydaje się dziś ważny z innego powodu: bo wciąż istnieje tam idea zespołu.
To może być jedna z najważniejszych różnic między krakowskimi scenami a wieloma teatrami funkcjonującymi dziś w modelu produkcyjnym, opartym na szybkich premierach, czasowych konfiguracjach i krótkotrwałych współpracach. „Sceny z życia małżeńskiego” i „Uroczystość” wyglądają jak spektakle zbudowane na zaufaniu, czasie i długim procesie prób. Jury bardzo wyraźnie to doceniło.
Zwłaszcza „Uroczystość” wydaje się tutaj znacząca. Nagroda dla całego zespołu, wyróżnienie dla Marii Chojnackiej, nagroda epizodyczna dla Małgorzaty Kochan, nagroda dla młodego Antoniego Włosowicza i wreszcie główna nagroda aktorska dla Piotra Franasowicza tworzą obraz teatru, w którym nawet najmniejsza rola ma znaczenie, a energia przedstawienia rodzi się ze zbiorowości.
To bardzo interesujące w czasach, gdy teatr coraz częściej produkuje się szybko, pod presją ekonomii i repertuarowej rotacji.
Ale tegoroczny Kalisz pokazuje jeszcze coś równie ważnego: zanik dawnego podziału na teatr „artystyczny” i „środka”.
Obok Jana Frycza i Mai Ostaszewskiej pojawiają się przecież „Handlarze gumek” z Teatru 6. piętro — spektakl mocno osadzony w komunikatywności, rytmie, inteligentnym aktorstwie komediowym. Jury profesjonalne i jury dziennikarskie zgodnie doceniają Katarzynę Dąbrowską. To nie jest przypadek.
Przez wiele lat polski teatr podejrzliwie traktował komedię. Prawdziwie „ważne” wydawało się cierpienie, ciężar, trauma, mrok i egzystencjalna intensywność. Tymczasem tegoroczny Kalisz zdaje się mówić coś bardzo odświeżającego: lekkość również może być wielką sztuką.
Dąbrowska zostaje nagrodzona za „elastyczność głosu i ciała”, za umiejętność prowadzenia widza między komedią i dramatem. To niezwykle znaczące sformułowanie. Dzisiejszy ideał aktora nie polega już na jednolitej tonacji emocjonalnej. Najbardziej ceniona staje się zdolność błyskawicznego przechodzenia między rejestrami.
Aktor współczesny musi być jednocześnie tragiczny i ironiczny. Intensywny i zdystansowany. Psychologiczny i formalny.
Może właśnie dlatego tak dobrze wypadają dziś role „wielokrotne” — wymagające od aktora nieustannego przechodzenia między postaciami, tonacjami i sposobami obecności scenicznej — role oparte na transformacji, zmianie rytmu, rozszczelnieniu tożsamości.
I jeszcze jeden szczegół wydaje się symptomatyczny.
Publiczność wybiera „Miło cię było zobaczyć” oraz Maję Ostaszewską. To również jest ważny sygnał. Widzowie nadal szukają w teatrze emocjonalnego porozumienia, przeżycia, autentycznej obecności. Profesjonalne jury częściej premiuje konstrukcję zespołu i świadomość formy, ale obie perspektywy spotykają się w jednym punkcie: w potrzebie prawdy relacyjnej.
Być może właśnie to jest dziś najważniejsze.
Nie wielki monolog.
Nie aktorski popis.
Nie scena „do nagród”.
Tylko umiejętność stworzenia na scenie żywego układu ludzkich napięć.
Jeśli tegoroczny werdykt Kaliskich Spotkań Teatralnych rzeczywiście coś ogłasza, to przede wszystkim koniec epoki samotnych gwiazd. Polski teatr coraz mocniej wierzy dziś w aktora, który nie tyle „gra rolę”, ile współtworzy wspólnotę obecności.
A największym zwycięzcą tegorocznego Kalisza wydaje się właśnie zespół.
Teatr Bogusławskiego