Paweł Szkotak wystawiając „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej nie próbuje udawać, że Mozart jest twórcą bezpiecznym i elegancko muzealnym. Przeciwnie — jego spektakl zbudowany został na ryzyku. Ryzyku aktualizacji, ironii, świadomego przerysowania i estetycznego nadmiaru. Jednych ta wizja uwiedzie, innych będzie drażnić, ale trudno odmówić jej energii i konsekwencji.
Widziałem w ostatnich latach kilka bardzo różnych inscenizacji tej opery. Marek Weiss próbował wydobyć z niej przede wszystkim gorycz i emocjonalne pęknięcie ukryte pod powierzchnią komedii. Grzegorz Jarzyna szedł w stronę popkulturowego rozedrgania, świadomie rozbijając mozartowski porządek nadmiarem obrazów i erotycznych skojarzeń. Z kolei realizacja Jerzego Stuhra w Operze Krakowskiej pozostawała bliżej klasycznej narracji i psychologicznego teatru relacji, ufając przede wszystkim muzyce oraz aktorom, bez potrzeby obudowywania opowieści agresywną współczesną publicystyką. Interesująca była również propozycja Jitki Stokalskiej w Polskiej Operze Królewskiej, bardziej kameralna i intymna, skupiona na emocjonalnych przesunięciach między bohaterami niż na efektownych konceptach inscenizacyjnych. Ważnym punktem odniesienia pozostaje także warszawska realizacja Wojciecha Farugi w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, która próbowała spojrzeć na „Così fan tutte” przede wszystkim jako na opowieść o mechanizmach manipulacji i emocjonalnej przemocy ukrytej pod maską salonowej gry. Faruga prowadził bohaterów w stronę psychologicznego rozbicia i niepokoju, niemal całkowicie odzierając operę z dekoracyjnej lekkości. Na tym tle Szkotak wydaje się sytuować gdzieś pomiędzy tymi biegunami. Nie odrzuca buffo, nie ucieka od farsowości, ale jednocześnie stale przypomina, że za tą zabawą kryje się opowieść o ludziach kompletnie pogubionych emocjonalnie.
Najbardziej dyskusyjna pozostaje warstwa wizualna przedstawienia. Reżyser umieszcza akcję w świecie pełnym amerykańskich odniesień, militarnych kostiumów, grenlandzkich skojarzeń i współczesnych aluzji politycznych. Nietrudno odczytać w tym echo trumpowskiej retoryki czy szerzej — świata zachodniego pogrążonego w kryzysie tożsamości. Tyle że nie wszystkie te tropy okazują się równie potrzebne. Chwilami odnosiłem wrażenie, że spektakl zbyt mocno ufa atrakcyjności własnych konceptów. Multimedia, symbole i ironiczne mrugnięcia do publiczności zaczynają miejscami przesłaniać emocjonalną prawdę bohaterów. Grenlandzkie motywy i amerykańska ikonografia dla jednych okażą się atrakcyjną grą skojarzeń, dla innych mogą wydać się zbyt intensywnie eksponowane.
Natomiast na pewno bez zastrzeżeń wypada to przedstawienie od strony muzycznej. Adam Banaszak prowadzi orkiestrę z dużym wyczuciem dramaturgii i lekkości stylu. Mozart brzmi tutaj żywo, pulsuje rytmem scenicznych sytuacji, nie zamienia się w akademicki ornament. Dyrygent dobrze rozumie, że „Così fan tutte” potrzebuje nie tylko elegancji, ale również nerwu i niepokoju. Dzięki temu nawet w najbardziej farsowych scenach pozostaje miejsce na melancholię i cień gorzkiego rozczarowania.
Druga obsada okazała się bardzo wyrównana wokalnie. Hubert Zapiór stworzył znakomitego Guglielma — swobodnego scenicznie, naturalnego aktorsko, a przy tym świetnie prowadzącego frazę. To jedna z tych kreacji, które porządkują energię całego zespołu. Bardzo dobrze wypadła również Karolina Nosowska jako Dorabella oraz Teresa Marut w roli Despiny, prowadzonej w sposób nieco kabaretowy, ale bez przesady. Dariusz Machej jako Don Alfonso zachował odpowiedni dystans i chłodną ironię.
Fiordiligi Laury Topolánszky imponowała piękną barwą głosu i muzykalnością, choć momentami śpiewaczka zbyt mocno forsowała ekspresję, przez co niektóre frazy traciły naturalną miękkość. Nie zmienia to jednak faktu, że całość wykonawczo stoi na bardzo wysokim poziomie.
Szkotak najwyraźniej nie chciał opowiadać o świecie harmonijnym. W jego interpretacji „Così fan tutte” staje się historią ludzi zagubionych w epoce nadmiaru obrazów, politycznych lęków i emocjonalnego chaosu. To już nie tylko gra miłosnych masek, ale także opowieść o kryzysie bliskości i o relacjach poddanych nieustannej próbie.
Nie wszystkie pomysły tej realizacji mnie przekonują. Bywa, że reżyser dopowiada zbyt wiele i zbyt intensywnie prowadzi widza ku współczesnym skojarzeniom. A jednak spektakl pozostaje interesujący właśnie dlatego, że nie chce być kolejnym grzecznym Mozartem. Nawet jeśli czasem popada w przesyt, nie traci teatralnego pulsu. I chyba właśnie dzięki temu „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej wywołuje dziś dyskusję — a nie jedynie uprzejme uznanie.
Warszawska Opera Kameralna