Człowiek rozdarty
O spektaklu „Kandyd, czyli optymizm” Woltera w adaptacji i reż. Sławomira Narlocha w Teatrze Horzycy w Toruniu pisze Aram Stern.
fot. Marek Zimakiewicz




O spektaklu „Kandyd, czyli optymizm” Woltera w adaptacji i reż. Sławomira Narlocha w Teatrze Horzycy w Toruniu pisze Aram Stern.
fot. Marek Zimakiewicz
Przestrzeń sceniczna „wtłoczona” pomiędzy dwa audytoria, dwie ekspozycje, dwa zwieńczenia dwóch kompletnie różnych kolorystycznie aktów – Sławomir Narloch po swoim „Tajemniczym ogrodzie” znów wciska toruńskich widzów w fotele, tym razem podwójnie. Mowa o jego najnowszym widowisku w Teatrze im. Wilama Horzycy: „Kandyd, czyli optymizm” według Woltera, w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego.
Taki zabieg reżyserski sprawia, iż wypada obejrzeć ten doskonały spektakl przynajmniej dwukrotnie – z różnych widowni: tej klasycznej oraz umiejscowionej na scenie – by móc ogarnąć wizję twórców, ich zamysł nie tylko filozoficzno-dramaturgiczny, ale i obrazowy. Opowiedzenie bowiem bardzo „rozbuchanej” narracyjnie historii Kandyda nie było łatwą misją, tym trudniejszą, że reżyser jej nie syntetyzuje, lecz konfrontuje z niezwykle ozdobną formą wizualną.
Głównego bohatera powiastki filozoficznej Woltera – Kandyda (Igor Tajchman) – poznajemy w jak najbardziej koincydencyjnych okolicznościach naszych czasów, gdy wraz ze swym przyjacielem Kakambo (Maciej Raniszewski) zostaje wcielony do armii Bułgarów. Mundury, karabiny i sceny rozstrzelania, znane z obrazów Andrzeja Wróblewskiego, otwierają spektakl ofensywnym akcentem, w którym o cień optymizmu niezwykle trudno. Sielankowe dzieciństwo i lata młodzieńcze na zamku w Westfalii, w którym Kandyd był kształcony przez swojego preceptora Panglossa, reżyser i autor adaptacji pozostawia jedynie we wspomnieniach bohatera.
Współcześnie i nam trudno jest przecież żyć stale w duchu optymizmu. Choć w popremierowym tygodniu radował wielu zarówno internetowy zryw młodych dla chorych dzieci, jak i uwolnienie działacza opozycyjnego polskiej mniejszości na Białorusi, czy upalna majówka i uratowanie humbaka Timmy’ego, to jednak nie możemy zapominać o toczących się wokół działaniach wojennych ani obserwować świata bezrefleksyjnie. Także w postawie scenicznego Kandyda widać wyraźny sprzeciw, jaki sam Wolter żywił wobec dwóch oświeceniowych idei – optymistycznej filozofii głoszonej przez Leibniza oraz naiwnego pojmowania świata przez Jana Jakuba Rousseau.
Kandyd, podchodzący dotąd do życia w sposób ufny, stara się jako młody człowiek poukładać sobie swój świat i – powoli oraz nieco bezradnie, brnąc do przodu – zmienia się wraz z kolejnymi doświadczeniami życiowymi. W głębi duszy gryzie go jednak niezgoda na zło tego świata. Stąd Igor Tajchman nadzwyczajnie oryginalnie gra młodego człowieka – wcale nie naiwnego, lecz głęboko poruszonego ustawicznym zagrożeniem, nieustannie konfrontowanego przez systemy, nad którymi nie ma kontroli, tak jak każda i każdy z nas wobec nieuchronności śmierci.
Mimo tak stawianych pytań w spektaklu Sławomira Narlocha nie możemy absolutnie liczyć na „bryk” z satyrycznej powiastki Woltera. W jego pracy można zauważyć niezwykłe skupienie reżyserskie na samym człowieku, na wyciąganiu go na pierwszy plan – bo przecież on jest tu najważniejszy. Idee schodzą na plan dalszy, a sama historia opowiedziana zostaje nierealistycznie, w polu realizmu emocji. Kandyd po prostu pragnie znaleźć odpowiedź na pytanie, jak żyć, stąd w niezwykle dynamicznej narracji pierwszego aktu poznajemy szereg postaci, z którymi przetną się jego drogi po obu stronach oceanu, w wielu miejscach i zwrotach akcji.
Wypada wymienić w tym momencie jedne z najlepszych scen, których w spektaklu jest wiele: odnalezienie cudem uratowanej ukochanej Kunegundy (kryształowa wręcz Karina Krzywicka) – zmęczonej mocno czasem i przejściami – czy spotkanie w Buenos Aires z jej bratem, baronem Thunder-ten-Tronckh, dziś jezuitą (rewelacyjna kreacja Łukasza Ignasińskiego), i jego ptasią świtą (kapitalny, grający gościnnie Mateusz Guzowski w roli Papugi).
Głos z offu Krystyny Czubówny, kolejnymi literami alfabetu z „Encyklopedii ateńskiej”, nadaje rytm wielu scenom zbiorowym: historii świata (tu świetny Paweł Kowalski w roli franciszkanina), opowiedzianej w tempie TikToka, trzęsieniu ziemi w Lizbonie, makabrycznej masakrze oraz słuchanej przez Kandyda opowieści o przejmujących losach córki papieża – Starej (Julia Sobiesiak-Borucka).
Opisy groteskowych wojen w Wolterowskim „Kandydzie”… w przedstawieniu obrazowo nakładają się na traumy II wojny światowej, nakreślone w spektaklu malarstwem Andrzeja Wróblewskiego, które w swych niebieskościach staje się niezwykle realistyczne i naturalistyczne. Także wtedy, gdy symbolizuje uniwersalną miarę pustki i samotności współczesnego człowieka. Tyle że u Woltera tkwi w nich – mimo tragizmu – bezgraniczny optymizm wynikający z wymysłu, jakoby nasz świat był stworzeniem nieomylnej istoty boskiej. Wolter krytykuje go jednak, dając na to w swoim „Kandydzie” wiele przykładów.
Co ciekawe, wiele zbyt drastycznych motywów w spektaklu Narlocha znajduje swoje kontrastujące oblicze – jak choćby Wolterowski „zarażony syfilisem, wyniszczony i pokryty straszliwymi wrzodami” filozof Pangloss (Michał Darewski, także jako Andrzej Wróblewski), który w toruńskim spektaklu prezentuje się nader urodziwie.
Adaptacja Sławomira Narlocha w jego „Kandydzie” wydaje się wręcz przesycona przeniesionymi z malarskich płócien metaforami – nie tylko w narracji, ale i w postaciach Nimfy (Ada Dec), Kastrata / Śpiewaczki operowej (gościnnie mezzosopranistka Magdalena Czuba) czy bogini losu Mojry w niebieskim kostiumie (Jolanta Teska), „amortyzujących” kolejne gęste i niełatwe w odbiorze sceny spektaklu.
Dla ich zdystansowania szybki ruch sceniczny według koncepcji Ewy Mociak reżyser przeplata filozoficzną dysputą Kandyda z Marcinem (Jarosław Felczykowski) w drodze łodzią do Europy. Nakładanie się wielu sfer wizualnych (wspaniała scenografia: Maks Mac) – od dworskiej czerwieni oświeceniowego przepychu Paryża i Wenecji po zimne niebieskości z obrazów Wróblewskiego w akcie pierwszym – w drugim akcie wręcz oczarowuje przepychem.
Tak imponująca forma plastyczna podnosi temperaturę złośliwości Woltera, który w swoim dziele wyśmiewa ówczesną elitę intelektualną stolic europejskich – z Kościołem i artystami na czele. W spektaklu zobaczymy drwiny z reżyserki Roberty Wilson (Matylda Podfilipska) i recenzentki „wszy kałamarzowej” (Maria Kierzkowska). Narloch kąsa także włoskiego Franciszkanina (Paweł Kowalski), rozpaczliwie zakochanego w Pakicie (świetna Agnieszka Wawrzkiewicz), i ironizuje przerysowaną postać Markizy de Parolignac (Anna Magalska).
Bogactwo efektów czerwonych kostiumów autorstwa Anny Adamek – uszytych z najdroższych materii, aż po lateks – zdaje się inspirowane dzielnicą czerwonych latarni w Amsterdamie.
Muzyka Jakuba Gawlika w tle, przygotowanie wokalne zespołu prowadzone przez Magdalenę Czubę, świetnie zaprojektowane światła (Karolina Gębska), reżyseria dźwięku (Katarzyna Gawlik) oraz „aktorska” obecność statystów w wielu scenach (Radosław Szura i Radosław Kubiak) sprawiają, że spektakl – z obu widowni – ogląda i słucha się wyśmienicie.
Pod koniec spektaklu Kandyd nie jest już tym samym człowiekiem – nie myśli w ten sam sposób. Po doświadczeniu rozpadu każdego systemu, z którym się zetknął, staje się znacznie ostrożniejszy w swoich sądach o świecie i o ludziach. Trudno nie mieć wówczas na uwadze seryjnej osi historii, gdy możnych tego świata wyraźnie nuży pokój i szukają okazji do kolejnych konfliktów zbrojnych.
Wolter w połowie XVIII wieku pisał o nich ironicznie, podczas gdy w tej dekadzie XXI wieku o wojnach myślimy z coraz większym strachem. Gdy – jeszcze za Wolterem – staniemy rozdarci wobec faktu, że znajdziemy się w jednej przestrzeni, podczas gdy po drugiej stronie żelaznej kurtyny ktoś uruchomi kolejny ciąg zdarzeń z innym zakończeniem życia Kandyda – to albo przyjdźmy na spektakl po raz drugi, albo „uprawiajmy nasz ogródek”.
„Spektakl jest absolutnie oczobijny”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.