Pisanie o Marlenie Dietrich w polskim teatrze zawsze przypomina próbę uchwycenia zjawy – postaci, która istnieje jednocześnie jako ciało, głos, legenda i mit starannie wyreżyserowany przez samą siebie. Każda kolejna inscenizacja, czy to monodram, czy spektakl biograficzny, musi więc odpowiedzieć nie tylko na pytanie „kim była Dietrich?”, ale też – „czy w ogóle da się ją jeszcze zagrać, nie popadając w imitację?”.
Polski teatr od lat mierzy się z tym wyzwaniem. W spektaklu „Marleni” Mikołaj Grabowski zderzył Dietrich z Leni Riefenstahl, czyniąc z tej relacji pole napięcia między sztuką a polityką, pamięcią a winą. To była Dietrich historyczna – uwikłana, świadoma, funkcjonująca w cieniu XX-wiecznych katastrof. Z kolei Krystyna Janda w monodramie „Marlene” (według Pam Gems) poszła w stronę intymności i rozpadu mitu: jej bohaterka to już nie ikona, lecz kobieta zmagająca się z własną legendą, starością i samotnością. Jeszcze gdzie indziej akcenty rozłożył Jacek Bała w „Marlene. Iluzje”, gdzie centralnym tematem stał się sam mechanizm „handlu iluzją” – świadomego wytwarzania fantazmatu, którego publiczność potrzebuje może bardziej niż prawdy.
Na tym tle zapowiadana „Boska Lola” w Teatrze Bo Tak wydaje się iść drogą pozornie najprostszą, a w istocie najtrudniejszą: powrotu do źródła, czyli do scenicznej obecności. Twórcy rezygnują z rozbudowanej ramy dramatycznej na rzecz formy kameralnej – koncertu splecionego z narracją biograficzną. To wybór znaczący. Dietrich była przecież nie tylko bohaterką opowieści, ale przede wszystkim artystką, która każdą piosenkę zamieniała w mikrodramat.
W tym sensie obsadzenie Marioli Łabno-Flaumenhaft w roli prowadzącej cały wieczór postaci Dietrich jest decyzją, która przenosi ciężar z rekonstrukcji na interpretację. Towarzyszący jej przy fortepianie Maciej Łukaszewicz nie jest jedynie akompaniatorem – muzyka na żywo przywraca bowiem Dietrich jej podstawowy język: rytm, pauzę, napięcie między słowem a milczeniem.
To właśnie w tej przestrzeni – między piosenką a wspomnieniem – może wydarzyć się coś, co w wielu wcześniejszych realizacjach pozostawało jedynie postulatem. Bo o ile teatr chętnie opowiadał o Dietrich jako figurze (ikony, skandalu, historii), o tyle rzadziej pozwalał jej po prostu „być” na scenie. „Boska Lola” zdaje się ten brak rozpoznawać.
Nie oznacza to jednak ucieczki od tematów, które od lat definiują sceniczną recepcję Dietrich. Jej wizerunek – balansujący między kobiecością a androgynią – od czasu filmu „Maroko” pozostaje jednym z najważniejszych gestów kulturowych XX wieku. Polski teatr dotykał tego aspektu wielokrotnie, ale często zatrzymywał się na poziomie znaku: smokingu, gestu, spojrzenia. Pytanie, czy rzeszowskie przedstawienie zdoła pójść krok dalej – pokazać nie tyle ikonę transgresji, ile jej cenę.
Bo przecież każda z przywołanych inscenizacji mówiła o tej cenie inaczej. U Grabowskiego była to cena historii, u Jandy – cena samotności, u Bały – cena życia w iluzji. „Boska Lola” zapowiada się jako opowieść o jeszcze innym rachunku: o wolności, która nie jest darem, lecz wyborem, i o konsekwencjach tego wyboru.
Warto też zauważyć kontekst instytucjonalny. Teatr Bo Tak działa poza głównym nurtem, bez stabilnego zaplecza, co paradoksalnie zbliża go do samej Dietrich – artystki, która przez całe życie pozostawała w ruchu, pomiędzy systemami, krajami, tożsamościami. Kameralność tej produkcji nie jest więc ograniczeniem, lecz potencjalnym atutem: pozwala na bezpośredni kontakt z widzem, a tym samym na coś, co w teatrze o Dietrich jest najcenniejsze – na chwilowe zawieszenie dystansu między legendą a człowiekiem.
Czy „Boska Lola” dopisze nowy rozdział do polskiej historii scenicznych spotkań z Dietrich? Tego jeszcze nie wiadomo. Ale już sama zapowiedź sugeruje, że nie będzie to kolejna próba „zagrania legendy”, lecz raczej – wsłuchania się w jej echo.
A to, w przypadku Marleny Dietrich, bywa początkiem rzeczy najciekawszych.
Teatr Bo Tak