„Koriolan” w reżyserii Jadwigi Klaty to spektakl stawiający sobie za zadanie uchwycenie psychologicznego momentu, w którym bohater ludu staje się jego wrogiem, a ulubieniec tłumów – banitą. W poszukiwaniu owej iskry zmieniającej wszystko twórcy biegną różnymi ścieżkami. Pośród gąszczu dróg łatwo jednak zgubić trop prowadzący do celu.
Odpowiadający za scenografię Wojciech Miks zaproponował widzom, by ci z trzech stron śledzili akcję, spoglądając w dół na coś, co może być zarówno archeologicznym wykopaliskiem, jak i dziurą po bombie zrzuconej na palestyńskich cywilów. Osobliwe Forum Romanum zostało dodatkowo pomniejszone przez barierki–siatki znane z placów budowy, co z jednej strony symbolicznie odgradza plebejuszy od wyższych sfer, z drugiej zaś pozwala dowolnie przesuwać granice i zawierać nieoczekiwane sojusze. W takiej klaustrofobicznej – choć paradoksalnie otwartej – przestrzeni przyszło funkcjonować bohaterom szekspirowskiej tragedii.
„Koriolan” Jadwigi Klaty jest równie pomysłowy, co powierzchowny. Rozwiązania proponowane przez reżyserkę składają się na spójną, oryginalną interpretację, ale jednocześnie zatrzymują się na etapie estetycznego wrażenia, bez pogłębienia tematu. Próba upchnięcia pięcioaktowego utworu w godzinny spektakl jest zadaniem karkołomnym. Na uwagę z pewnością zasługuje pacyfistyczna wymowa przedstawienia. Żołnierskie mundury na linkach bardziej przypominają stryczki niż wieszaki. Wisząca nad sceną ampla również budzi funeralne skojarzenia. Tytułowy bohater, podobnie jak Jesse Welles, śpiewa ironicznie o tym, że wojna nie jest morderstwem, a Netanjahu zawsze znajdzie jakiś psalm dla usprawiedliwienia kolejnego absurdalnego nalotu.
Upajanie się wojną, szczególnie dziś, może jedynie budzić obrzydzenie. Odwrócenie się ludu od Koriolana wynika przede wszystkim z tego, że populizm nie może przetrwać próby czasu. Nieustraszony wojownik wspaniale funkcjonuje jako idea, symbol bezpieczeństwa. Natomiast rola konsula nie jest już tak „sexy”. Klata zdaje się mówić: popularność różnej maści magowców czy braunowców skończy się wtedy, gdy lud zobaczy, że poza budowaniem legendy i robieniem szumu nie istnieje po ich stronie żadna propozycja dla szarego człowieka – jak chociażby kwestia zapasu zboża w rzymskich spichlerzach.
Dobierając zespół aktorski, reżyserka wykazała się dobrą intuicją. Tomasz Wysocki, Bożena Adamek, Oliwia Durczak i Alina Szczegielniak tworzą mieszankę doświadczenia i młodzieńczej żywiołowości. Poszczególne napięcia między bohaterami autentycznie wciągają widza, ale znowu – przez ogromną skrótowość – nie pozwalają im się rozwinąć. Wielu wątków trzeba się domyślić (biada tym, którzy nie czytali dramatu, a przyszli). Kolejną kwestią, dla której nie znajduję uzasadnienia, jest obsadzenie kobiety w roli Koriolana. Żeby być precyzyjnym – w ogóle mi to nie przeszkadza. Panie uchowaj, bym kiedykolwiek zachorował na konserwatyzm, ale poza samym gestem nie ma w spektaklu niczego, co sankcjonowałoby takie posunięcie. Ani nie podbito tym zabiegiem kontekstu feministycznego, ani nie zwrócono uwagi na kobiety jako ofiary wojen.
„Koriolan” jest spektaklem ciekawym, ale skrótowym. Z pewnością jest w nim wiele rzeczy, za które należy docenić twórców – pomysłów czekających na rozwinięcie. Dzwoni solidnie, ale jeszcze nie wiadomo, w którym kościele. A że samych rzymskokatolickich mamy w Krakowie ponad 130, na znalezienie odpowiedniego jeszcze trzeba będzie poczekać.
Teatr Słowackiego