Serial dokumentalny: „Mężczyzna, który ukradł Krzyk” (2 odcinki, każdy po 50 minut)
Wyjątkowa produkcja o kradzieży, o której wypowiada się… sam złodziej. W lutym 1994 roku, gdy Norwegia szykowała się do otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich, z Narodowej Galerii w Oslo skradziono jeden z najsłynniejszych obrazów świata – „Krzyk” Edvarda Muncha. Na miejscu pozostała kartka z napisem „Wielkie dzięki za kiepską ochronę”. Śledczy wkrótce odkryli, że za kradzieżą stoi Pål Enger, piłkarz norweskiego klubu Vålerenga, a jednocześnie włamywacz z obsesją na punkcie sztuki. Mężczyzna twierdził, że od kiedy zobaczył obraz w trakcie wycieczki szkolnej, łączy go z nim specjalna więź. Co ciekawe, do odkrycia prawdy przez śledczych miał przyczynić się między innymi… artykuł o narodzinach jego syna. To nie była jego pierwsza kradzież, w 1988 roku miał również zabrać z oslowskiego Muzeum Muncha obraz „Miłość i ból”. Według kolegów z drużyny zawsze miał dużo pieniędzy i jeździł luksusowymi samochodami. Enger twierdzi, że czerpał zyski ze wszystkiego poza narkotykami.
„Mężczyzna, który ukradł Krzyk” to kameralny, ale bardzo gęsty true-crime o świecie sztuki, opowiedziany w formie 2-odcinkowego dokumentu (po ok. 50 minut). Nie jest to sensacyjny „heist movie”, tylko raczej psychologiczny portret kradzieży, w której ważniejsze od samego obrazu są ludzie, motywacje i absurd całej sytuacji.
Serial skupia się na jednym konkretnym złodzieju i jego perspektywie — co jest dość nietypowe, bo zwykle takie historie opowiada się z punktu widzenia policji albo muzeów. Tutaj dostajesz:
świat norweskiego półświatka lat 90.,
mieszankę brawury, frustracji i ego,
i pytanie, które wraca przez cały film:
czy to była kradzież dla pieniędzy, dla sławy, czy dla samej idei?
Dużo miejsca poświęcono temu, dlaczego Krzyk jest tak magnetycznym celem — nie tylko jako arcydzieło, ale jako symbol. Film dobrze pokazuje paradoks: obraz, który krzyczy o ludzkim lęku i samotności, staje się trofeum w bardzo przyziemnej grze o prestiż i rozpoznawalność.
Viaplay