Wiedźmińskie, całkowicie polskie eliksiry i szalona jazda Siódemeczką
O spektaklu „Siódemka. SzÓs Polskich Królowa” na podstawie powieści Ziemowita Szczerka w reżyserii Rafała Szumskiego w Teatrze Ochoty w Warszawie pisze Anna Czajkowska.
„Siódemka” Ziemowita Szczerka, której akcja toczy się wzdłuż drogi E7 (w latach 1962 do 1985, ciągnącej się od przejścia granicznego w Cieszynie z Czechosłowacją do Warszawy), doczekała się już niejednej adaptacji scenicznej. Pędząc „Siódemką, Siódemeczką, szós (nie szos!) polskich królową” – na odcinku Warszawa – Kraków – Głogoczów nazywaną szumnie Traktem Krakowskim, bohater ucieka przed niechcianymi, wypieranymi rolami narzucanymi przez naszą wielowiekową tradycję i na dokładkę, jego zdaniem, zaściankową kulturę. Bezskutecznie. Kilometry mierzenia się z polskością: tą z prawa i z lewa, z fantazjami narodowymi w sarmackim stylu i kompleksami we wszelkich możliwych odsłonach można interpretować na różne sposoby, ale czy warto? Niekoniecznie przytakując – bywają przecież krzywdzące i kontrowersyjne. Reżyser Rafał Szumski próbuje udowodnić, że jak najbardziej i w warszawskim Teatrze Ochoty prezentuje swoje spojrzenie na prozę Ziemowita Szczerka. Walka jednostki ze światem zewnętrznym, opowieść pełna aluzji i odniesień do współczesnej sytuacji społecznej i politycznej, utrzymana w stylu komiczno-ironiczno-groteskowym pociąga i wciąga. I nie jest to powieść drogi, prędzej sowizdrzalski rajd po małomiasteczkowości myślenia, po marazmach i wertepach narodowych, mijając poślednie, przydrożne bary (Las Vegas czy Sarmacja, z obowiązkowym domowym rosołem, żurkiem i grochówką). A mityczna droga do raju staje się raczej podróżą w głąb jądra ciemności, zanurzonego w sosie marazmu i polskiego smutku, którego nie rozjaśni rażąca bylejakość architektury. W swym spektaklu Rafał Szumski podkreśla grę pozorów, przywdziewanie masek – i nie ma tu miejsca na cień łagodności. Jest za to rubaszne szaleństwo, zmysłowy humor, czasem znacząco grubiański. Konwencję parodii, groteski, nawet farsy, zmyślnie wydobywają młodzi aktorzy – rewelacyjni, kapitalnie ironiczni i dobrze prowadzeni wprawną ręką reżysera.
Ów nieistniejący już „trakt królewski”, mityczna „siódemka” staje się ostatnią drogą w życiu głównego bohatera. Pierwszego listopada wyrusza on z Krakowa do Warszawy, brnąc przez korki, przystając obok kiczowatych miejsc z budowniczymi koszmarkami, gdzie nowobogackie pałacochałupy kryje papodachówka i wznoszą się pseudośredniowieczne „zamki” z gipsu i betonu (taki Disneyland dla ubogich gustem). A przecież spieszy się, ponieważ musi dojechać na pilne spotkanie w stolicy. Podczas podróży spotyka całą galerię osobliwości ludzkich, rodaków z miasteczek i wsi, pokazanych w wyjątkowo krzywym zwierciadle. Napojony wiedźmińskimi eliksirami sam nie wie, gdzie sen, gdzie jawa, czy owi Polacy z Mickiewicza czy z raczej z Sapkowskiego? Owe aż nadto karykaturalne portrety przypominają nam chyba coś i kogoś, dobrych znajomych z własnych podwórek i blokowisk… . Dodam, że obraz jest mocno tendencyjny i stereotypowy, trochę anachroniczny (powieść napisana była w 2015 roku). Jednak przyznaję – reżyser i autor scenariusza czyni wszystko, aby wydarzenia sceniczne doskonale rezonowały z naszą teraźniejszością. W spektaklu podkreśla znane absurdy i pułapki naszej rzeczywistości, nasze wady i kompleksy, mocno zakorzenione w kulturze i naturze, nasze sny i marzenia, często groteskowe i zbyt wydumane. Łączy je w tej „komedii serio” z całkiem realnym, choć prześmiewczym obrazem naszych sąsiadów z Europy i „tam, ze Wschodu”.
„Polska, kraj, który nigdy siebie nie zaakceptuje, ale nie dlatego, że ma takie wysokie wymagania, tylko dlatego, że nie jest tym, kim chciałby być, czyli każdym normalnym krajem. Każdym innym. Kraj, którego obywatele albo z niego szydzą i go nienawidzą, albo wzbudzają w sobie chorą do niego obsesję i na niego chorują – a tak w żadnym normalnym kraju nie ma”. Oczywiście można się zgadzać lub nie z poglądami autora, ale teatr jest między innymi po to, by dyskutować, konfrontować, szukać nowszych spojrzeń i odświeżonych perspektyw. Podobno każdy z nas nosi w sobie upiora, pewien zbiór archetypów, najczęściej nieuświadomionych. Kształtują nasz czas i naszą przyszłość. Rozumie to reżyser oraz aktorzy i patrzy na nasz polski światek biznesów, barów, płotków zgrozą i szyldem przybranych, nawet przydrożnych krzyży – jedynej pozostałości po skacowanych kierowcach, trochę złośliwie, bez ulgowej taryfy. Dostanie się Iłży (tej wymarzonej, z zamkiem i ryneczkiem jak z pocztówki), nie przetrwa bez skazy Jędrzejów, oberwie biedny Radom (już chyba czas odczarować to miasto?). A o Krakowie i Warszawie nawet nie wspomnę. „Możemy się szczycić Wilanowem i Łazienkami. Ale Polska to nie Wilanowy i Kazimierz. Polska to bar Sarmacja. To przybudówki, nadbudówki, zabudówki, to fasady ze styropianu. To bary mordownie. To szyldy reklamowe, bez gustu i gdzie popadnie. To polbruk i brak kształtu. To chaos, wszystko naćkane, a wokół płaskość” – pisze Ziemowit Szczerek. Obraz innej epoki, wszystko się zmieniło – można skwitować. Nic z tego, poruszone tematy, naszkicowane motywy i obrazki wcale się tak do końca nie zdezaktualizowały. „I my się tej Polski wstydzimy. To nie jest Polska, która trafi na pocztówki”. Z perspektywy czasu wręcz lepiej widać, co przetrwało. Mnóstwo szyderstwa i rzucania mięsem, kiwania głową ze zrozumieniem, ale i z oburzenia. Na samym końcu robi się poważnie, choć długo i z przeciąganiem akcji. Na pociechę przyjaciel z dzieciństwa Belfegor, dość niezwykły i tajemniczy, a przy tym uroczo zabawny.
Kluczem do sukcesu – oprócz pomysłowej, dopracowanej reżyserii – są tu świetnie obsadzone poszczególne role. Aktorzy zaczynają od polskiej Grupy Laokoona – zastygają w udramatyzowanych pozach i czekają. Potem – hajda na koń (czyli na fotel starego opla …) i na Warszawę. Nawet jeśli tu i ówdzie nić dramaturgiczna rwie się, wydłuża ponad miarę, a słowa są zbyt wulgarnie – wybaczam. Piątka aktorów, dwie panie i trzej panowie, grają po prostu znakomicie. Aktorzy bardzo plastycznie odmalowali bohaterów, zlepek postaci wprost z „Siódemki” i reżyser zgrabnie to wykorzystał. Jest w tym spektaklu groza pomieszana z lekkością, przymrużenie oka obok wyważonej parodii. Młodzi artyści gładko wchodzą w gry słowne, podkreślają błyskotliwe dialogi oraz ostry humor. Wydobywają tajemniczość i prezentują dziwactwa niezbadanych, krętych dróg, którymi czasem biegnie ta nasza polskość, jeszcze napędzana wiedźmińskimi eliksirami. Dzięki temu kłótnie i swary władców, znanych z pocztu królów polskich, oglądamy z innej perspektywy (w pamięci zostaje wielce pomysłowy teatrzyk cieni albo zombicieni). Grunwaldzkie miecze też nie takie same, jak w podręcznikach. Jan Litvinovitch jest zabawny i przerażający, zmienny jak kameleon. Wie, jak nie stracić naturalności, pozostając w teatralnej konwencji i odpowiednio cieniując. Martyna Czarnecka gra zarówno mocno, jak i subtelnie, z delikatnością. Z konieczną werwą, ale i z wyczuciem kreśli charakterystyczne sylwetki kolejnych bohaterów i bohaterek. Obok nich Agata Łabno, równie zmysłowo budująca sceniczne kreacje. Aktorka uwodzi ekspresją i profesjonalizmem gry, a jej monologi oraz pauzy przynoszą czasem lekkie wytchnienie od szalonej, komediowej jazdy. Umiejętność wcielania się i oddawania stanów ducha przeróżnych postaci to specjalność Konrada Żygadło. Na serio i z parodią w tle, przykuwa uwagę, odwraca ją od niedociągnięć scenariusza. Występujący doskonale „czują” pełen aluzji tekst, wypełniony absurdem i kpiną. Z dbałością o szczegóły tworzą swoje kreacje – groteskowe, kabaretowe, barwne i wyraziste. Utrzymują szalone tempo, jednak czasem pozwalają sobie na zatrzymanie, a widzom – na refleksję.
Scenografia autorstwa Anny Rogóż to kolejny powód do dumy i pochwał (wieloosobowy kaftanik, czterogłowy dresik z kapturem – po prostu pomysłowa perełka!). Bez przeładowania, stonowana, a jednak bogata w znaczenia, obrazowa i metaforyczna. Bez niej i bez muzyki Patryka Szwichtenberga nie byłoby tak udanego przedstawienia. Z kolei efekty multimedialne Marii Matyldy Wojciechowskiej dodają wydarzeniom wyrazistości.
Spektakl z odpowiednią dynamiką, wyważoną lekkością dowcipu, mocno ironiczny, trochę z przymrużeniem oka i bogato ilustrowany polskością przyciągnie widza. W dodatku zagrany brawurowo i misternie – z pewnością zadowoli szeroką publiczność.
Zdjęcie: Artur Wesołowski