„Koniec czerwonego człowieka” to opowieść o rodzinie. I o rodzinnym szaleństwie. Szaleństwo to wyrasta, rzecz jasna, z życia w kraju rad – enklawie radzieckiego dobrobytu i radzieckiej kultury. Reakcje i śmiech widzów sugerowały, że wielu z nich znało ten „dobrobyt” i „kulturę” z autopsji.
Akcja zaczyna się w 1989 roku – radzieckie flagi jeszcze wiszą, ale Gorbaczow zaczyna już coś przebąkiwać o reformach i pierestrojce. Czy dla rodziny generała Armii Czerwonej to problem, że świat wokół nich się zmienia? Raczej nie. Ich życie toczy się utartym, rodzinnym, bardzo specyficznym i dramatycznym torem.
Spektakl zbudowany jest ze scen osadzonych w kolejnych latach – wciąga niczym dobrze skrojony kryminał, a może nawet thriller, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę zaskakujące zakończenie. Doskonale dobrana muzyka – od Czajkowskiego, przez pionierskie pieśni, aż po dyskotekowy hit „Ja russkij” niejakiego Szamana – nadaje całości rytm i specyficzny klimat. Ten ostatni utwór tak mocno zapadł w pamięć widzom, że wielu nuciło go podczas przerwy. Ja również.
Świetne kostiumy, znakomita scenografia – pokazują zarówno czasy świetności, jak i narastający brud codzienności i obłęd wdzierający się w pozornie normalne życie. Ale najmocniejszym ogniwem pozostają aktorzy – a właściwie ich bohaterowie, z których żaden nie jest tu zbędny.
Oto generał – fenomenalny Grzegorz Warchoł – narzekający na ból palca wskazującego. Kontuzja? Od naciskania spustu pistoletu. Nawet dwieście razy dziennie. Celując w potylicę.
Jego żona – znakomita Dorota Nowakowska – tęskni za dawnymi przywilejami i statusem. Przekonująco wypadają Grażyna Sobocińska i Agnieszka Warchulska w rolach córek, które chciałyby żyć po swojemu, ale sprawiają wrażenie, jakby pogodziły się z losem uwięzienia w wojskowej rodzinie.
W kącie czai się wuj – perfekcyjny Stanisław Brejdygant – dręczony wspomnieniami z łagru, żyjący w cieniu własnego brata. Ofiara i jednocześnie świadek tego, co było.
Lidia Sadowa przejmująco pokazuje postać coraz bardziej pogrążającą się w chorobie psychicznej, a jej mąż – kapitalny Krzysztof Ogłoza – powoli tonie w miłosnym szaleństwie i bezradności wobec rzeczywistości.
Tomasz Borkowski w roli absztyfikanta jednej z córek przechodzi niezwykłą przemianę – od prostaczka do brutalnego bandyty. Z kolei Przemysław Sadowski przez większą część spektaklu pozostaje niemal niewidoczny, by nagle – w przejmującej scenie kłótni małżeńskiej z Warchulską – eksplodować emocjami. Kwestia winy za śmierć ich synka (znakomity Bartosz Łućko) uderza widza z całą siłą prawdy i bólu. To scena, która zostanie ze mną na długo.
Nawet role drugoplanowe zagrane są po coś i z charakterem: przerażający nowy mąż (wyborny Piotr Łukawski), dawny kandydat na zięcia (poruszający Mateusz Rzeźniczak) czy brutalny pomagier (bardzo dobry Aleksander Kaźmierczak).
Trzynaście osób na scenie. Kapitalne aktorstwo. Świetna reżyseria. Mocna historia. Zaskakujące zakończenie. Zleciało w chwilę. Szaleństwo. Trzeba zobaczyć.
zwykły widz teatralny od lat aktywnie uczestniczący w
życiu teatralnym i muzycznym, przede wszystkim Warszawy. Od pięciu lat
dzielący się swoimi wrażeniami na portalu Teatr dla Wszystkich.
Szczególny miłośnik muzyki metalowej i klasycznej, musicalu oraz
chilloutu.