Szafy naszych dziadków są nawiedzone. Nic dziwnego – trudno przegonić z nich widmo żywego człowieka, tego, który w szafie rysował, sikał, modlił się i myślał. Obecność ukrywanego pozostaje w powietrzu jeszcze długo po jego odejściu.
(nie)obecni
Hanna Krall doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Pisząc o wojennym sublokatorstwie, opisywała stan (nie)obecności. Fałszywe papiery, wiara, tlenione włosy i drzwiczki od szafy dawały życie, a jednocześnie zamykały człowieka w trumnie.
Wbrew powszechnej opinii krytyków cieszy mnie widmowa natura spektaklu Kleczewskiej. Tożsamości wojennych „sublokatorów” rozmywają się, przybierając różne narracje – w zależności od tego, czy podaje je cyniczny klaun, paranoiczne dziecko, rozdygotana Hanna Krall, czy zagubiony Marek Edelman.
„Sublokatorka” mówi głosami ludzi z przeszłości, ale osadza je w pustej przestrzeni, pozbawionej znaków czasu. Nie zgadzam się więc ze stwierdzeniem, że to spektakl o tym, co było. To raczej mozaika głosów, których echo słyszymy do dziś – przy zgaszonym świetle, a może jeszcze bardziej przy zapalonym telewizorze.
(nie)głośni
Mówi się, że spektakl nowej dyrektorki Teatru Powszechnego nie gryzie. Może to prawda – nie gryzie, ale umiejętnie kąsa. I nie uznaję tego za wadę. Zbyt wiele widziałem dzieł o podobnej tematyce, które bez opamiętania rzucały się na widza, zachwycając twardoskóre elity – a jednak pozostawały tępe.
„Sublokatorka”, choć chwilami zbyt oschła, ożywa w kapitalnych monologach – szczególnie Wiktorii Kruszczyńskiej i Jerzego Walczaka. Jęk spektaklu nie wypływa z obrazoburstwa, prostych analogii czy wulgarności, lecz właśnie z rozproszonych po scenie bohaterów. Całość wspomaga nieznośna powtarzalność, stopniowo odbierająca nadzieję na przepracowanie wojennej traumy.