Tymomania zdaje się przybierać na intensywności. Niedawno ukazała się książka Katarzyny Stoparczyk Tym. Człowiek szczery na trzy litery, a teraz Wydawnictwo Znak wypuściło na rynek księgarski opowieść Tym. Wolałbym być psem autorstwa Ryszarda Abrahama.
Oczywistym następstwem takiego skumulowania wydawnictw poświęconych jednej osobie jest to, że czytelnik, zapoznając się z obiema pozycjami, natknie się – doznając poznawczego déjà vu – na te same fakty i anegdoty, nie zawsze istotne dla próby zrozumienia charakteru i dorobku bohatera opowieści, jak choćby spotkanie Tyma z tzw. „czereśniakami” czy casus herbaty ekspresowej. Czasem nieco zmodyfikowane, ze zmienionymi – jak to bywa przy okazji wieloletniego przekazywania ich w formie mówionej – nazwiskami i szczegółami, jak w przypadku rozmowy Tyma z prof. Aleksandrem Michałowskim na temat wyrzucenia go ze szkoły teatralnej. Wypada tylko mieć nadzieję, że Stanisław Tym – znakomity satyryk, aktor, reżyser, scenarzysta, dramaturg, rysownik, felietonista, istny człowiek renesansu, a przy tym erudyta, miłośnik zwierząt i języka polskiego, „dobry człowiek”, jak podkreślają ci, którzy go znali – nie stanie się dla różnej maści piszących i wydawców niewyczerpanym źródłem dochodów, jak jego koleżanka Agnieszka Osiecka.
W konfrontacji dwóch wymienionych wcześniej książek wyżej podpisany skłania się ku przyznaniu palmy pierwszeństwa tej drugiej. Ryszard Abraham wymyślił sobie dla przedstawienia losów i zdarzeń – przeważnie zabawnych – Stanisława Tyma konwencję podróży pociągiem. Poszczególne rozdziały to kolejne stacje (trochę to przypomina drogę krzyżową, ale niech tam – wszak Tym, jako człowiek „ogólnie niewierzący”, lubił śpiewać „Godzinki”, więc pewnie i taką konwencję swojej quasi-biografii by zaakceptował). Abraham zaczyna książkę po bożemu, czyli od przyjścia na świat swojego bohatera. Posiłkuje się przy tym słynną wypowiedzią Kaowca z Rejsu, granego przez Tyma, o narodzinach w lipcu, w Małkini. Tym samym monologiem kończy też książkę Tym. Wolałbym być psem. Następnie prowadzi czytelnika przez prahistorię jego rodziny sięgającą XVII wieku (przodkiem Tyma był niejaki Daniel Tym, nadworny ludwisarz króla Władysława IV, którego dziełem była m.in. Kolumna Zygmunta). Swoje piętno na dziejach tej rodziny odcisnęły również wojna bolszewicka 1920 roku, II wojna światowa, Auschwitz, Katyń…
Ryszard Abraham przedstawia potem kolejne etapy życia Stanisława Tyma: kilkukrotnie podejmowane, a nigdy nieukończone studia, pracę w zakładach należących dawniej do Wedla, współpracę ze Studenckim Teatrem Satyryków, kabaretami U Lopka, Dudek i Owca, dyrektorowanie w Teatrze Dramatycznym w Elblągu, zmagania z cenzurą, absurdami PRL-u, no i – oczywiście – wieloletnią kooperację ze Stanisławem Bareją i Jerzym Dobrowolskim, których uważał za „swoje uniwersytety”. To ciekawa opowieść, snuta w miarę chronologicznie, z szacunkiem dla niekwestionowanego dorobku filmowego twórcy Ryszarda Ochódzkiego.
Czytając, odnosi się wrażenie, że autor stylistycznie i pod względem humoru chciał dorównać bohaterowi swojej książki. Stąd notorycznie stosowana przezeń inwersja, peryfraza, składnia mająca imitować styl Tyma-felietonisty, a może sposób mówienia Podlasian, sąsiadów autora Rozmów przy wycinaniu lasu. Stosowane w nadmiarze środki stylistyczne, mające w założeniu przydać narracji lekkości i humoru, w praktyce – rażą, denerwują i męczą. Nie przydają książce walorów również błędy pozostawione przez redaktorów w nazwiskach braci Poks, Jana Mayzela, Macieja Zembatego czy zmiana imienia aktorki Jolanty Litwin.
Ryszard Abraham, Tym. Wolałbym być psem, Wydawnictwo Znak, Kraków 2025, s. 331