Koncert Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena w odsłonie kameralnej okazał się wieczorem, który przypomniał, jak wiele zależy nie tylko od repertuaru, ale od jakości relacji między wykonawcami. Sitkovetsky Trio zaprezentowało poziom, który sytuuje ich w ścisłej czołówce współczesnej kameralistyki – i to nie przez samą perfekcję techniczną, lecz przez umiejętność budowania wspólnego języka, rozwijającego się na naszych oczach.
Już w Trio fortepianowe D-dur op. 70 nr 1 „Geistertrio” uwagę przykuwała niezwykła spójność narracji. Alexander Sitkovetsky i Isang Enders nie tyle „rozmawiali”, ile prowadzili nieustanną wymianę impulsów – raz jeden instrument inicjował kierunek frazy, by po chwili oddać prowadzenie drugiemu, bez wyraźnej hierarchii. Ich współbrzmienie nie wynikało jedynie z dopasowania barw, ale z ciągłego reagowania na siebie – jakby każdy gest muzyczny był natychmiast przechwytywany i przetwarzany przez partnera. To tworzyło wrażenie opowieści powstającej na żywo, a nie odtwarzanej według wcześniej ustalonego planu. Dzięki temu interpretacja zyskała napięcie właściwe muzyce Beethovena – balansującej między klasyczną dyscypliną a zapowiedzią romantycznego niepokoju.
W centrum programu znalazło się Trio fortepianowe a-moll op. 34 Cécile Chaminade – utwór rzadko wykonywany i wciąż funkcjonujący raczej na obrzeżach repertuaru. W zestawieniu z dziełami Beethovena i Brahmsa jego język ujawnia inne ambicje – bardziej skupione na kolorystyce i nastroju niż na budowaniu wielopłaszczyznowej dramaturgii. To nie tyle słabość, ile odmienny punkt ciężkości, który w takim kontekście siłą rzeczy traci część swojej siły oddziaływania. W interpretacji tria zabrzmiał jednak przekonująco: z dbałością o detal, przejrzystość faktury i elegancję prowadzenia frazy. Właśnie dzięki temu można było usłyszeć ten utwór nie jako ciekawostkę, lecz jako świadectwo określonej estetyki końca XIX wieku.
Najwięcej emocji przyniosło Trio fortepianowe H-dur op. 8 Johannesa Brahmsa. Tu artyści osiągnęli poziom interpretacyjnej dojrzałości, który obywa się bez efektownych gestów i zewnętrznych podkreśleń. Narracja była szeroko zakrojona, prowadzona z wyraźnym poczuciem kierunku i proporcji, a kulminacje budowane stopniowo, bez pośpiechu. Szczególnie wyraźnie było słychać zdolność zespołu do kontrolowania napięcia w długich łukach formalnych – bez popadania w przesadę czy nadmierną ekspresyjność. Indywidualne głosy pozostawały wyraziste, ale podporządkowane wspólnej koncepcji całości.
Pewien niedosyt pozostawiła natomiast partia fortepianu. Wu Qian to pianistka o wysokiej kulturze dźwięku i nienagannej technice, co było wyraźnie słyszalne zwłaszcza w Brahmsie. Jej gra była klarowna, elegancka i precyzyjna, a zarazem znakomicie osadzona w strukturze zespołu. Miała jednak charakter raczej stabilizujący niż kształtujący przebieg narracji. Fortepian porządkował formę i nadawał jej przejrzystość, lecz rzadziej stawał się źródłem impulsu interpretacyjnego, który mógłby zmienić kierunek całości lub silniej ją zarysować. W zestawieniu z bardzo wyrazistymi osobowościami skrzypka i wiolonczelisty brakowało momentami silniejszego kontrapunktu pianistycznego.
Całościowo jednak był to koncert znakomity – przykład kameralistyki rozumianej jako sztuka wspólnego myślenia o muzyce. Sitkovetsky Trio nie funkcjonuje jako zestaw trzech odrębnych osobowości, lecz jako struktura, w której indywidualne głosy pozostają czytelne, a jednocześnie podporządkowane wspólnej wizji formy i czasu. To właśnie równowaga między autonomią a współzależnością decydowała o sile tego wieczoru i sprawiła, że koncert pozostawił wrażenie interpretacyjnej spójności, rzadko osiąganej nawet przez najlepsze zespoły kameralne.
30. Wielkanocny Festiwal Beethovenowski