Slide
previous arrow
next arrow
Ten dom może istnieć i beze mnie - Teatr dla Wszystkich

Ten dom może istnieć i beze mnie

Na afiszu

Ten dom może istnieć i beze mnie

Z Janem Englertem, dyrektorem artystycznym Teatru Narodowego, rozmawia Przemysław Skrzydelski. “Zszedłem z okrętu, ale teatr płynie dalej” – mówi Jan Englert w szczerej rozmowie o Learze, rozstaniu z Teatrem Narodowym, sensie wspólnoty i tym, co naprawdę znaczy odejść z godnością. To nie tylko podsumowanie 60 lat na scenie, lecz przede wszystkim opowieść o wolności, która...
Opublikowano: 2025-05-24

Z Janem Englertem, dyrektorem artystycznym Teatru Narodowego, rozmawia Przemysław Skrzydelski.

“Zszedłem z okrętu, ale teatr płynie dalej” – mówi Jan Englert w szczerej rozmowie o Learze, rozstaniu z Teatrem Narodowym, sensie wspólnoty i tym, co naprawdę znaczy odejść z godnością. To nie tylko podsumowanie 60 lat na scenie, lecz przede wszystkim opowieść o wolności, która przychodzi z czasem.

PS: Zagrałby pan Leara po raz trzeci?

JE: Ciekawe pytanie. Może nie zagrałbym po raz trzeci, ale dokonałbym erraty. Skorygowałbym niektóre błędy. Nie te, które popełniłem u Macieja Prusa w spektaklu z 1998 roku – wówczas tej roli zupełnie nie rozumiałem – ale te, które popełniłem u Grzegorza Wiśniewskiego rok temu. Dodałbym trochę tekstu, może przywrócił kilka scen. Ale na pewno nie mam siły na nowo szukać wszystkiego od początku.

Z czego ta learowska errata miałaby wynikać?

Z potrzeby spojrzenia na siebie z dystansu. Bo starzenie się to utrata pewności siebie. Lear – i ja – to wiemy. Gram tę rolę nie dlatego, że była do zagrania, ale dlatego, że ją czułem i czuję. Wszystko, co jest w przedstawieniu Wiśniewskiego – wycofanie, brak monologu w burzy – to było przeze mnie przemyślane, to było świadome. I te zarzuty z wielu recenzji o moją nieobecność w tej roli, rezygnację, są bez sensu. Zresztą w tym momencie interesują mnie tematy, które dotyczą właśnie oddawania pola, dostrzegania swoich słabości, czyli tego, czego się nie widziało, mając władzę albo odpowiadając tylko za siebie. Trzeba zrozumieć, że gubiąc egzekutywę, należy zdemolować własny sposób bycia i funkcjonowania. Nie wobec innych, ale również wobec siebie samego. To dla mnie fascynujące zagadnienie. I dlatego próby do „Króla Leara” były także fascynujące. I w ogóle nie obchodzi mnie, jak ta moja rola jest postrzegana.

Czyli nie było konfliktu o scenę burzy?

Nie. To była moja decyzja. Jeśli już mamy dziesięć minut burzy w tanecznym obrazie – to po co jeszcze monolog? To by była popisówka. Lear wie, że traci grunt pod nogami. Nie musi tego mówić.

A zagrałby pan Leara u Jana Klaty, który od września będzie dyrektorem Teatru Narodowego?

To pytanie do Jana Klaty. Czy miałby na to ochotę. Ale szczerze – chyba już nie. Mam swoje lata. Może trzy lata temu bym się jeszcze zdecydował. Jednak dziś już nie.

Obchodził pan jubileusz 60-lecia pracy artystycznej?

Nie. Nawet tego nie zgłosiłem, i nikt tego nie zauważył. Nawet Związek Artystów Scen Polskich nie przysłał listu. I to mnie ubawiło, ale i zabolało. To znowu Lear: oddaje wszystko niby szlachetnie, lecz liczy, że ktoś to jeszcze zauważy. A tu nikogo to nie obchodzi. Życie.

Jak się pan czuje po medialnej burzy wokół „Hamleta” w pana reżyserii i zmian w Narodowym?

Mam mieszane uczucia. Od euforii do rozczarowań. Nie chodzi o spektakl. Chodzi o sposób rozstania z Narodowym. Próbowałem być elegancki, przekazać teatr w sposób cywilizowany. Bez skutku.

Zaproponował pan własne pomysły na przekazanie władzy?

Tak, proponowałem Małgorzacie Bogajewskiej, by opracowała plan prowadzenia Narodowego. Miałem ideę, żeby przygotować sukcesora, tak jak choćby zrobiono to w Teatrze Narodowym w Pradze – z dyrektorem odchodzącym i przychodzącym razem, i to kilka lat przed samą zmianą, żeby nowy dyrektor mógł przemyśleć swoje przyszłe działania. Ale ministra nie była zainteresowana rozmową. Wszystko potoczyło się poza mną.

Czy to wynika z tego, że teatr jest tak bardzo upolityczniony, bardziej niż kiedyś?

Nie teatr. Procedury. Transparentność to dziś słowo, które nie znaczy nic. Procedury są pozorne. I w tym przypadku nie było zwykłej procedury. Przede wszystkim dlatego, że założenie było fałszywe od samego początku. Przecież chodziło o moje stanowisko: dyrektora artystycznego, a nie o stanowisko dyrektora naczelnego, Krzysztofa Torończyka. Tymczasem konkurs odbył się na stanowisko dyrektora naczelnego, ale wszyscy zajmowali się mną. Bez mojego udziału. Stałem się piłką, którą przekopywano z jednego boiska na drugie. Próbowałem mieć na to wpływ, jednak mogłem to robić tylko do pewnej chwili. Później już nie, i to był mój błąd, bo mimo woli stanąłem do zawodów. I lawina została uruchomiona.

Czego by pan dziś życzył Janowi Klacie?

Żeby utrzymał zespół. Żeby nie rozpadła się wspólnota. Reszta to narzędzia. Ale wspólnota – to sens teatru.

A ma pan poczucie satysfakcji po tych wszystkich latach w Narodowym? Czy to raczej skomplikowane uczucie?

Tak, mam satysfakcję. Choć nie jestem pewien, czy odchodzę z ulgą. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Że nie jestem już potrzebny. Ale może to właśnie jest dar?

To był najważniejszy czas w pana życiu?

A może po prostu najciekawszy? W takim, nazwijmy to, życiu kapitańskim na pewno najciekawszy, najbardziej udany. Płynąłem na tym okręcie admiralskim ostrzeliwany przez kutry rybackie i mniejsze okręty, ale nie po to, żebym zatonął, ale po to, żebym się gdzieś pomylił i wpłynął na mieliznę. W każdym razie dużo rzeczy się udało; można powiedzieć, używając języka sportowego: strzelałem bramki, ale dzięki dobrym podaniom. No i udało się stworzyć prawdziwy zespół, w dwóch trzecich zbudowany z moich studentów, i często są to ludzie, którzy startowali wraz ze mną, kiedy zaczynałem dyrekcję dwadzieścia dwa lata temu.

Czuł się pan dyrektorem do końca?

Formalnie tak. Faktycznie – coraz mniej. Od momentu, gdy konkurs został ogłoszony, wszystko toczyło się poza mną. Stałem się tematem, nie uczestnikiem.

Zaskoczyła pana łatwość, z jaką niektórzy przeszli na stronę krytyki wobec pana?

Tak. Ale nie mam pretensji. Raczej odczuwam smutek. Że entuzjaści szybko zamienili się w przeciwników. I że często nie szukali rozmowy. Ale tak to jest. Ja nikogo nigdy zawodowo nie oszukałem – prywatnie tak, jednak nigdy zawodowo. To moje jedyne poczucie spokoju.

Były projekty reżyserskie, które planował pan jeszcze zrealizować?

Chciałem zrobić „Wesele” – po „Hamlecie”. Myślałem też o adaptacji „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Nawet miałem scenariusz. Ale nie wiedziałem, po co to robię. Że miałoby być efektownie – to za mało.

Podobno z Janem Klatą długo panowie rozmawiali już po wygranym przez niego zamkniętym konkursie?

Tak. I to była dobra rozmowa. Zresztą publicznie powiedział, że też tak uważa. Ale w ogóle nie chcę go oceniać. Nie chcę również być tym, którego trzeba „zabić”. On mógłby być moim synem. Nie chcę powtarzać błędu, że wiem lepiej.

Jan Klata widział pana przedstawienia w Narodowym?

Przyznał, że widział kilka. I nie mam o to pretensji. To normalne. Ja też nie wszystko Jana Klaty widziałem. Zresztą nigdy nie atakowaliśmy się osobiście. Taki obraz powstał tylko w mediach.

Nadal tak samo rozumie pan misję Teatru Narodowego?

Tak, jako teatru dla wszystkich. Nie dla jednej estetyki. Moim celem było stworzenie przestrzeni dla różnych osobowości, nie dla jednej ideologii. Dlatego zaprosiłem wielu reżyserów – również tych, z którymi się nie znałem.

Czy dostrzega pan dziś różnicę w odbiorze spektakli przez publiczność? Coś się zmieniło przez ostatni czas?

Tak. Publiczność dzisiaj nie tyle ogląda, ile słucha. Po wielu latach znowu nauczyliśmy się słuchać. I to jest dla teatru nadzieja. Kiedy ostatnio graliśmy „Hamleta”, odniosłem wrażenie, jakby aktorzy grali dla pustej sali – tak było cicho. Jednak to nie była obojętność. To był rodzaj skupienia. Bezruch. To nazywam „ptakami przed burzą”.

Co dokładnie miałoby to znaczyć?

To znaczy, że ludzie czują zbliżającą się zmianę. Nie wiedzą jeszcze, jaka ona będzie, ale coś wisi w powietrzu. I to słychać w teatrze. Potrzebę ciszy, skupienia, wspólnoty. Dlatego jestem przeciwnikiem hałasu – także artystycznego. Pauza w przedstawieniu znaczy dziś więcej niż tysiąc słów. Z tego powodu teatr przetrwa sztuczną inteligencję. Bo opiera się na bezpośredniej relacji. Tego nie zastąpi żaden algorytm. Oczywiście, wszystko się zmienia. Ale teatr ma jedną przewagę – to wspólne przeżycie.

Jaka była ostatnia pana nauczka? Żałuje pan czegoś?

Nauczyłem się, że nie muszę być wszędzie. Że czasem trzeba odejść. I że to nie jest porażka – tylko kolej rzeczy. Mam 82 lata. Przychodzi moment, w którym trzeba zejść z okrętu. Zejść z godnością. A żałuję może tego, że czasem próbowałem wpływać na cudze wybory. Z dobrymi intencjami, ale jednak. To się nie zawsze sprawdza. Teraz chcę być wolny. Grać, reżyserować, lecz bez odpowiedzialności za instytucję. Myślę, że najbliższe dwa lata zweryfikują mnie jako obiekt pożądania albo jako obiekt do zlekceważenia.

I ostatnie pytanie: czy teatr jeszcze panu coś daje?

Daje mi wszystko. Teatr był i jest moim domem. Jednak już wiem, że ten dom może istnieć i beze mnie. I to jest dobre uczucie. Trochę smutne, ale dobre.

fot. Marta Ankiersztejn / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

Kategorie:


Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL