Witold Gombrowicz miał pecha do swoich interpretatorów. Przez dziesięciolecia jedni widzieli w nim nieprzejednanego krytyka polskości, inni patrona nowoczesności i wyzwolenia od narodowych zobowiązań. Obie strony były tak zajęte własnym Gombrowiczem, że coraz rzadziej zaglądały do samego „Trans-Atlantyku”. Powieść zaczęła funkcjonować jako symbol, bowiem dla jednych była oskarżeniem wobec patriotyzmu, dla drugich manifestem wolności od narodowej wspólnoty. Tymczasem sam autor pisał po latach, że był to „utwór najbardziej patriotyczny i najodważniejszy”, jaki stworzył.
To zdanie wraca podczas lubelskiego przedstawienia niczym pytanie, którego nie sposób zignorować.
Rafał Węgrzyniak, wybitny krytyk teatralny, zwracał uwagę, że Gombrowicz odrzucał polskość z rodowodem romantycznym. W tym rozpoznaniu zawiera się istotna część prawdy o autorze „Trans-Atlantyku”. Problem polega na tym, że późniejsi czytelnicy bardzo często zauważali samo odrzucenie, pomijając jego przedmiot. Dziś już wiadomo, że Gombrowicz nie prowadził wojny z Polską. Prowadził spór z formą.
Łukasza Witta-Michałowskiego (reżysera) i Jarosława Cymermana (adaptatora) nie interesuje prosty konflikt pomiędzy nowoczesnością a tradycją. Nie szukają też łatwych analogii do współczesnych sporów politycznych. Znacznie bardziej zajmuje ich sam Gombrowicz. Człowiek, który po wybuchu wojny pozostał w Argentynie, a następnie przez całe życie wracał do tej decyzji. Człowiek, który nie potrafił uwolnić się od Polski, choć patrzył na nią z drugiego końca świata.
Dlatego głównym bohaterem przedstawienia staje się nie tyle bohater powieści, ile sam Witold we własnej osobie. Jarosław Tomica (na co dzień aktor CK Lublin) jako Witold buduje jedną z najciekawszych ról tego sezonu. Nie gra rozedrganego intelektualisty. Nie próbuje również uczynić z Gombrowicza błazna szydzącego z rodaków. Jego Witold pozostaje człowiekiem uwikłanym w nieustanny konflikt z samym sobą. Raz obserwuje wydarzenia z dystansu jako narrator, a za chwilę staje się ich uczestnikiem. Kpi z emigracyjnych rytuałów, ale nie potrafi się od nich całkowicie odciąć. Odrzuca wspólnotę, pozostając przez nią określany.
Tomica prowadzi tę rolę z dużą dyscypliną, bez tanich efektów. Dzięki temu jego bohater pozostaje wiarygodny nawet wtedy, gdy świat coraz mocniej pogrąża się w grotesce. W jego interpretacji Gombrowicz nie jest patronem żadnej ideologii.
To właśnie tutaj znajduje się najciekawszy punkt spektaklu. „Trans-Atlantyk” staje się opowieścią o człowieku, który po latach wraca do własnej biografii i próbuje zrozumieć konsekwencje podjętych decyzji.
Twórcy nie rezygnują oczywiście z groteski. Gonzalo (Wojciech Rusin), Ignac (Maciej Grubich), Tomasz (Włodzimierz Dyła) i pozostali bohaterowie nadal funkcjonują w świecie przesady, teatralnego przerysowania i świadomej umowności. Jednak groteska nie służy tutaj wyłącznie wyśmianiu narodowych przywar, jest narzędziem opisu rzeczywistości, w której każdy bohater pozostaje zakładnikiem własnych przekonań.
Ważnym elementem okazuje się scenografia Jarosława Koziary, która bardzo skutecznie wspiera konstrukcję spektaklu. Przestrzeń sceniczną organizują ruchome elementy dekoracji – kontenery, które pozwalają płynnie przechodzić od jednej sytuacji do drugiej. Dzięki temu przedstawienie zachowuje tempo mimo rozbudowanej narracji i licznych zmian miejsca akcji.
Koziara myśli jednak nie tylko jak scenograf, ale również jak artysta wizualny. W drugiej części spektaklu coraz częściej pojawiają się odrealnione formy plastyczne, przypominające bardziej obiekty artystyczne niż teatralne dekoracje. Fantasmagoryczne kształty stopniowo rozszczelniają realistyczny porządek przedstawienia. Świat emigracyjnych spotkań przy beczkach, pojedynków i patriotycznych deklaracji zaczyna ustępować miejsca rzeczywistości podporządkowanej logice wyobraźni. To rozwiązanie dobrze współgra z samym Gombrowiczem, który również rozpoczyna od konkretu, by stopniowo przejść w obszar groteski, absurdu i deformacji.
To istotny teatr. Nie dlatego, że mówi o Polsce. Polski teatr mówi o Polsce niemal bez przerwy. Ważniejsze wydaje się to, że Witt-Michałowski i Cymerman traktują Gombrowicza poważnie. Nie sprowadzają go do roli patrona współczesnych sporów synczyźnianych. Nie zamieniają go w autora wygodnych cytatów. Wracają do pytań, które pozostają żywe niezależnie od politycznych mód.
Czym jest dzisiaj wspólnota? Jaką cenę płaci jednostka za przynależność? Czy wolność zawsze oznacza samotność? Czy można uwolnić się od własnego pochodzenia?
Teatr Osterwy