Premiera monodramu „Mała empiria” w Teatrze Studio to przykład teatru, który świadomie rezygnuje z dramaturgicznych fajerwerków na rzecz skupienia i uważności. Punktem wyjścia dla spektaklu jest esej Katarzyny Sobczuk – książka z pogranicza literatury osobistej i filozoficznej notatki o doświadczeniu wieku średniego. Reżyserka Anna Ilczuk nie próbuje jednak przenosić tej materii na scenę w sposób ilustracyjny – raczej buduje z niej przestrzeń cichego dialogu między tekstem, ciałem aktorki i muzyką graną na żywo.
Już od pierwszych minut spektaklu widać, że Ilczuk interesuje „teatr półtonów”. Scena nie jest przeładowana znaczeniami ani dekoracją; to raczej laboratorium drobnych doświadczeń. Tempo bywa powolne, momentami kontemplacyjne, ale w tym właśnie tkwi sens tej inscenizacji. Podobnie jak w eseju Sobczuk spektakl skupia się na mikrosytuacjach – gestach, krótkich myślach i drobnych zawahaniach – które nagle odsłaniają coś większego: świadomość przemijania, przesuwanie się ról w relacji z rodzicami i dziećmi czy niepokój związany z własnym starzeniem.
Centralnym i właściwie jedynym punktem ciężkości spektaklu jest Ewelina Żak. Aktorka w swoim monodramie pokazuje ogromną dyscyplinę sceniczną. Jej interpretacja nie jest demonstracyjna ani ekspresyjna w tradycyjnym sensie. Żak pracuje raczej drobną zmianą tonu, pauzą, spojrzeniem. To aktorstwo zbudowane z precyzyjnie dozowanych emocji – czasem ironicznych, czasem melancholijnych. Co ważne, w spektaklu pojawia się także sporo momentów rozładowujących napięcie: drobnych obserwacji codzienności i autoironicznych komentarzy, które wywołują na widowni szczery śmiech. Dzięki temu refleksja o przemijaniu nie zamienia się w ciężką melancholię, lecz zachowuje lekkość i dystans. Tekst, który w innych okolicznościach mógłby zabrzmieć jak literacki monolog, na scenie zaczyna oddychać.
Istotną rolę odgrywa również muzyka Macieja Zakrzewskiego wykonywana na żywo przez Radosława Łukaszewicza. Kontrabas nie jest tu tylko tłem – momentami staje się równoległym komentarzem do scenicznej sytuacji. Dźwięk wprowadza napięcie tam, gdzie tekst pozostaje powściągliwy, a czasem przeciwnie: rozrzedza atmosferę, pozwalając wybrzmieć ciszy.
Spektakl nie jest jednak wolny od potknięć. W jednym z fragmentów narracja na chwilę skręca w stronę zbyt łatwej sentymentalności. Tam, gdzie wcześniej działała subtelna ironia i uważna obserwacja codzienności, pojawia się ryzyko banału – jakby twórczynie przez moment chciały dopowiedzieć widzowi coś, co wcześniej potrafiły zostawić w niedopowiedzeniu. Na szczęście jest to tylko krótkie załamanie rytmu. Reżyserka szybko wraca do bardziej zdyscyplinowanego języka scenicznego, w którym najważniejsze pozostają pauza, cisza i drobny gest.
W efekcie powstaje spektakl kameralny, ale intelektualnie i emocjonalnie uczciwy. „Mała empiria” nie próbuje opowiadać o starzeniu się w sposób wielki czy dramatyczny. Raczej – podobnie jak książka Sobczuk – pokazuje moment zawieszenia: czas między młodością a starością, kiedy człowiek zaczyna dostrzegać symptomy przemijania w drobnych codziennych rytuałach.
To teatr, który wymaga od widza uwagi i gotowości do słuchania półgłosu. Jeśli jednak przyjąć zaproponowaną przez twórczynie skalę – skupioną na małych epifaniach i mikrosytuacjach – spektakl okazuje się doświadczeniem spójnym i poruszającym. A przede wszystkim potwierdza, że Ewelina Żak potrafi utrzymać sceniczną uwagę przez cały wieczór właściwie sama.
„Mała empiria” w Teatrze Studio nie jest przedstawieniem efektownym, ale jest spektaklem uważnym. I w tym właśnie tkwi jego największa wartość.
Teatr Studio