Są dramaty, które nie starzeją się nigdy – i są takie, które starzeją się w sposób niepokojąco aktualny. „Tango” Sławomira Mrożka należy bez wątpienia do tej drugiej kategorii.
Każdy jego powrót na scenę nie jest jedynie przypomnieniem klasyki, lecz raczej diagnozą chwili, w której się wydarza. Tak jest również dziś, gdy w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej przygotowywana jest kolejna inscenizacja – tym razem w reżyserii Marcina Sławińskiego, prezentowana z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru. Premiera w sobotę 28 marca o godz. 18.00.
Powrót „Tanga” do Rzeszowa ma swoją historię – i nie jest to historia obojętna. Pierwsza realizacja, przygotowana w 1968 roku przez Stefana Wintera, powstawała w czasie szczególnym, gdy dramat Mrożka był jeszcze świeżym komentarzem do rozpadającego się porządku świata i napięć ideowych epoki. Druga inscenizacja, z 1985 roku, w reżyserii Stanisława Wieszczyckiego, musiała już mierzyć się z innym doświadczeniem – schyłkiem systemu, zmęczeniem ideologią, ale i narastającym poczuciem chaosu, który miał dopiero nadejść.
Dziś, niemal cztery dekady później, „Tango” wraca po raz trzeci. I trudno oprzeć się wrażeniu, że powraca w momencie szczególnym – być może nawet bardziej wieloznacznym niż poprzednio. Bo o ile kiedyś dramat Mrożka czytano jako ostrzeżenie przed totalitaryzmem albo jako krytykę rozkładu form społecznych, o tyle współcześnie jego sensy rozpraszają się w wielu kierunkach. Chaos nie jest już zapowiedzią – jest stanem, w którym funkcjonujemy na co dzień.
Zapowiedzi najnowszej inscenizacji podkreślają właśnie ten aspekt. Artur – bohater, który próbuje przywrócić porządek – trafia na świat pozbawiony zasad, rozpięty między wolnością a anarchią, między eksperymentem a utratą tożsamości. To napięcie nie jest już jedynie konstrukcją dramatyczną; brzmi jak opis współczesnego doświadczenia społecznego. Pytanie, czy możliwy jest jeszcze powrót do jakiegokolwiek ładu, wybrzmiewa dziś inaczej niż w latach sześćdziesiątych czy osiemdziesiątych – mniej jako projekt, bardziej jako wątpliwość.
Marcin Sławiński – jak wynika z zapowiedzi – nie zamierza zrywać z klasyczną formą dramatu. Przeciwnie, sięga po nią z wyraźnym szacunkiem, jednocześnie próbując wpisać ją w język współczesnej sceny. To strategia ryzykowna, ale potencjalnie najbardziej interesująca: nie aktualizować „Tanga” na siłę, lecz wydobyć z niego te sensy, które i tak już w nim są – i które, jak się okazuje, nie wymagają dopisywania.
Warto przy tym pamiętać, że „Tango” jest dramatem o mechanizmach, nie o dekoracjach – o powtarzalnych schematach ludzkich zachowań, które ujawniają się niezależnie od epoki, estetyki czy kontekstu historycznego. O tym, jak łatwo bunt zamienia się w przemoc, a potrzeba porządku – w jego karykaturę. O tym, że każda forma, jeśli nie zostanie wypełniona znaczeniem, może zostać przejęta przez Edka. I być może dlatego pytanie postawione niegdyś przez krytyków – czy Edek jest postacią historyczną, czy raczej ponadczasową – dziś brzmi szczególnie niepokojąco.
Rzeszowska scena zna już różne odpowiedzi na to pytanie. Każda z wcześniejszych realizacji była ich próbą. Najnowsza stanie się kolejną – wpisaną w inne doświadczenie widza, inne napięcia społeczne, inną wrażliwość.
Teatr, jak wiadomo, nie daje ostatecznych rozstrzygnięć. Ale potrafi – zwłaszcza w takie dni jak Międzynarodowy Dzień Teatru – przypomnieć, że pewne pytania warto zadawać wciąż od nowa.
A „Tango”? Ono, jak się zdaje, nigdy nie przestaje grać.
Teatr Siemaszkowej