Slide
previous arrow
next arrow
Szkoła Magii i Czarodziejstwa Nowogrodzka - Teatr dla Wszystkich

Szkoła Magii i Czarodziejstwa Nowogrodzka

Na afiszu

Szkoła Magii i Czarodziejstwa Nowogrodzka

O spektaklu „Wicked” wg powieści Gregory’ego Maguire’a w reż. Wojciecha Kępczyńskiego w Teatrze Muzycznym Roma pisze Tomasz Flasiński.

Opublikowano: 2025-05-30
fot. Krzysztof Bieliński

Nie lada osiągnięcie, jak na szeregowe przedstawienie: gdy po spektaklu „Wicked” do ukłonów wyszły odtwórczynie ról Elfaby (Natalia Krakowiak) i Glindy (Agnieszka Przekupień), widownia natychmiast zerwała się z miejsc. Zerwałem się i ja. Co nie znaczy, że w dobrze skrojonej materii spektaklu nie widać szwów i niedociągnięć.

Zdawałoby się, że to się nie ma prawa udać: musicalowa bajka dla dorosłych, nawiązująca przy tym do dzieł lepiej znanych w świecie anglosaskim niż w Polsce. O ile oryginalnej powieści Gregory’ego Maguire’a rzeczywiście znać nie trzeba (choć warto, choćby dla pojęcia smakowitej aluzji do „Zegara Smoka Czasu”), o tyle bez znajomości książki Lymana Franka Bauma jest już trudno. Bez niej niekoniecznie pojmiemy, jaką rolę pełni w fabule Dorotka albo w co właściwie zamienił się Fijero.

A jednak udało się. Było widać, że widzów przekonano do złożonej fabuły pełnej nieoczywistych, trudnych w ocenie postaci, porwano ich kolejnymi songami, zbudowano w nich poczucie uczestnictwa w widowisku magicznym – i frapującym w wymowie.

Generalnie gorzej poszło to w scenach zbiorowych. Tam, zwłaszcza z początku, można było odnieść wrażenie kiczu. Trochę winy ma mało liczna obsada, która nawet wystawiona na scenę w całości nie robi wrażenia tłumu, a trzyosobowego oddziału wojaków trudno się naprawdę przestraszyć. Osobiście głównego problemu upatruję jednak gdzie indziej: inaczej niż w filmie, ów tłum-nietłum jest prawie bezosobowy. Jego członkowie reagują sztampowo, przewidywalnie, jak bezwolne barany podążające za propagandą i uprzedzeniami. Poza wykonawcami głównych ról nie przyłożono się do indywidualnej gry aktorskiej, a nawet w ich przypadku niektóre sceny trącą myszką.

W szczególności zabrakło pomysłu na postać Czarodzieja. Mimo że stary majster Tomasz Steciuk czarował sceny już wtedy, gdy niektórych jego kolegów z obsady jeszcze na świecie nie było, tutaj brak mu charyzmy. Trudno pojąć, jak ten bezbarwny pan z laseczką zdołał owinąć sobie wokół palca całą krainę Oz. Kiedy w scenach z Madame Morrible (tu paskudnie źle przełożonej jako Maskudna) próbuje być bezwzględny, nie wierzę mu ani trochę. Dziwne to, bo na przykład mniej wdzięczną postać Nessarozy udało się zbudować przekonująco i to prostymi środkami. Gdy na potańcówce niepełnosprawna dziewczyna, pierwszy raz poproszona do tańca, rusza się zrazu nieśmiało i sztywno, a później uśmiechnięta i porwana zachwytem, od razu kibicujemy jej wiarygodnej transformacji. Tym większym szokiem będzie później odkrycie, że właśnie zrodzona wówczas miłość zamieni ją w despotyczne monstrum.

Siłą spektaklu są natomiast sekwencje z udziałem pojedynczych bohaterów, i to zarówno dlatego, że dostali ciekawsze piosenki, jak i dlatego, że lepiej można tam uwypuklić psychologiczne głębie libretta. Bardziej dopracowany jest tam nawet ruch sceniczny, co świetnie widać, porównując pierwszy duet Elfaby i Glindy z ciut wcześniejszą ceremonią otwarcia roku akademickiego w Sziz. Poza tym zarówno w warstwie czysto muzycznej, jak i aktorskiej spektakl „stoi” tymi bohaterkami – widzowie wyraźnie przejmują się cierpieniem Elfaby, śmieją do rozpuku z manierycznych wpadek Glindy, dumają (jeśli nie znają z góry fabuły), z którą z nich ostatecznie skończy Fijero.

O paradoksie! Roma i tym razem dała nam „non-replica production”, chwaląc się, że nie kopiuje rozwiązań oryginału, ale tak naprawdę wszystko, co pozostawia nas poruszonymi, dał nam oryginał – i młode śpiewaczki. Trudno natomiast orzec, co ze strony reżysera miałoby być tu wartością dodaną. Nawet efekty specjalne nie wypadły zbyt przekonująco (wyjątkowo banalne operowanie światłem przy zaklęciach Elfaby). Importowanych czarów starczyło z nawiązką, by przysłonić niedociągnięcia warszawskiej produkcji, ale ile magii dała z siebie strona polska? Więcej niż sceniczna Glinda?

Kategorie:

Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL