Zadara, znany z inteligentnych reinterpretacji kanonicznych tekstów, podjął się wyzwania wystawienia jednej z najsłynniejszych komedii romantycznych Szekspira, obiecując podróż w świat snu, miłości i wyobraźni. Czy obietnica została spełniona? Spektakl okazuje się barwną, choć niepozbawioną mankamentów, teatralną przygodą.
Michał Zadara, we współpracy z dramaturgiem Maksymilianem Nowakiem, postawił na wierność elżbietańskiej poetyce teatralnej, co przejawia się w minimalizmie scenograficznym i nacisku na tekst. Scenografia Roberta Rumasa składa się z trzech obrotowych kanap, otoczonych białymi, zwiewnymi kotarami, które symbolizują płynność między jawą a snem. Kanapy pełnią wiele funkcji – od leśnego poszycia po portale między światami – co jest prostym, a zarazem efektownym rozwiązaniem. Brak tradycyjnych dekoracji pozostawia pole dla wyobraźni widza.
Kostiumy zaprojektowane przez Polę Gomółkę łączą współczesność z uniwersalnością: Hermia (Olga Bołądź) nosi białe spodnie, Lizander (Bartosz Porczyk) nowe adidasy, a Tytania (Barbara Wysocka) pojawia się w czarnym lateksie. To subtelne mrugnięcie do dzisiejszej widowni, które nie przytłacza szekspirowskiego ducha. Reżyser unika dosłowności, stawiając na umowność i autotematyczność, co momentami prowadzi jednak do poczucia chaosu – zwłaszcza w pierwszym akcie.
Motyw Księżyca, kluczowy dla sztuki, zostaje podkreślony przez muzykę – od pieśni Henry’ego Purcella When I Am Laid in Earth po Blue Moon Elvisa Presleya – oraz projekcje olbrzymiego księżyca, który oświetla scenę magicznym blaskiem.
Siedmioro aktorów wciela się w 23 postaci, co stanowi jeden z najmocniejszych punktów spektaklu. Wielość ról wymaga od wykonawców wszechstronności i szybkich transformacji, z czym radzą sobie znakomicie. Olga Bołądź jako Hermia, Ryjek, Wróżka, Lew i Mur błyszczy energią i precyzją, szczególnie w scenach komediowych, wywołując salwy śmiechu. Bartosz Porczyk, grający Spodka, Lizandra i Pyramusa, kradnie show swoją ekspresją i absurdalnym humorem, z lekkością bawiąc się szekspirowską frazą. Michał Czernecki jako Puk i Egeusz świetnie kontrastuje chaos leśnego duszka z surowością ateńskiego patriarchy. Gra całego zespołu jest imponująca, a aktorzy zdają się czerpać prawdziwą frajdę z konwencji – co udziela się widowni.
Największym atutem, a zarazem mankamentem spektaklu, jest jego komediowy potencjał. Zadara wydobywa szekspirowski humor z maestrią, bawiąc publiczność prostymi, absurdalnymi chwytami. Nadmiar farsowych gagów przytłacza jednak subtelniejsze wątki romantyczne i magiczne. Relacje między Hermią, Heleną, Lizandrem i Demetriuszem tracą emocjonalną głębię, a kryzys Oberona i Tytanii wydaje się niedopracowany. Finał, w którym Puk zachęca widzów, by potraktowali sztukę jako sen, nie wybrzmiewa tak mocno, jak mógłby – przytłoczony wcześniejszym zgiełkiem. Poza kabaretową rozrywką, niewiele tu zostaje.
dziennikarka zajmująca się tematyką rozrywkową, kulturalną i kulinarną. Miłośniczka kina, teatru i literatury. Na co dzień związana z Trójmiastem. W teatrze interesują ją przede wszystkim emocje.