Szekspir wśród leżaków, czyli teatralny sen letniej Warszawy
Latem teatr opuszcza swoje mury i idzie w świat. W Warszawie – dzięki projektowi „Szekspir w parku” – po raz kolejny wędruje prosto na trawniki Wilanowa. Zamiast rzędów foteli mamy koce i leżaki, zamiast teatralnego foyer – alejki barokowych ogrodów. To tutaj, w towarzystwie śmiechu dzieci, szczekania psów i dźwięków korków od wina, pojawia się on – Szekspir. Nie jako akademicki monument, lecz jako ktoś całkiem swojski. Żywy. Rozpoznawalny – pisze Wiesław Kowalski.
Za tym, co widzimy na scenie – i wokół niej – stoi John Weisgerber, kanadyjski reżyser, który przeniósł ideę „Szekspira w parku” z międzynarodowych metropolii na warszawski grunt. Dzięki jego wytrwałości letni teatr plenerowy przestał być egzotyczną nowinką, a stał się trwałym elementem stołecznego krajobrazu kulturalnego.
Wczoraj widziałem „Wieczór Trzech Króli” – jedną z najpogodniejszych komedii elżbietańskiego mistrza. Pogoda… no cóż, nieco kapryśna, ale publiczność – dopisała. I została do końca. Deszcz przelotny, emocje stałe.
Kto gra, a kto błyszczy
Obsada to mieszanka twarzy znanych z teatrów instytucjonalnych i niezależnych artystów. Czy taka formuła daje gwarancję sukcesu artystycznego? Może niekoniecznie. Ale też nie o gwarancje tu chodzi. Raczej o autentyczność, o pasję i świeżość, które w plenerowych warunkach bywają cenniejsze niż precyzja.
Na scenie błyszczeli Monika Dryl i Szymon Roszak – z energią, charakterem i bardzo dobrą intuicją komediową. Piotr Gawron-Jedlikowski wniósł tempo i nerw – w najlepszym sensie tego słowa. Mniej przekonująco wypadł Dominik Bąk w roli Malvolia – postaci trudnej, balansującej między farsą a melancholią. W tej interpretacji zabrakło mi tej nuty żalu, śmieszności podszytej goryczą. A przecież to właśnie Malvolio potrafi stać się cichym bohaterem sztuki – jeśli da się mu taką szansę.
Scenografia z natury, światło z nieba
Kostiumy i scenografia Marka Idzikowskiego – bezpretensjonalne, kolorowe, komunikatywne. Działają w tej przestrzeni znakomicie. Ale największym scenografem był i tak… ogród. Scena rozgrywa się dosłownie pośród natury, która nie daje się reżyserować. Zachód słońca nie zna próby generalnej. Księżyc pojawia się bez zapowiedzi. I właśnie w tej nieprzewidywalności – w tej autentyczności – tkwi siła tego przedstawienia.
Nie sposób nie wspomnieć o muzyce Patryka Bartoszewskiego i choreografii Eweliny Adamskiej-Porczyk – oba te elementy subtelnie dopełniają całości, nadając rytm i dramaturgiczną miękkość scenom zbiorowym.
Teatr bez biletu, widz bez etykiety
Nie trzeba biletu, nie trzeba krawata – czasem wystarczy przypadek. Ktoś przechodził, usłyszał wers, przystanął. I już został. To nie teatr dla wybranych. To teatr otwarty – dla ciekawych, dla przypadkowych, dla spragnionych emocji, które nie kosztują ani złotówki. Nie ma tu elitaryzmu. Jest za to przypomnienie, że Szekspir pisał dla wszystkich, nie tylko dla dworu, ale także dla zwykłych londyńskich przechodniów.
Publiczność reaguje żywo. Śmieje się, klaszcze, czasem dopytuje dziecko na głos: „Dlaczego ten pan ma rajstopy?” – i nikt się nie oburza. Bo taki jest ten teatr – kontaktowy, serdeczny, ludzki.
A przed nami jeszcze „Sen nocy letniej”
Jeśli ktoś „Wieczór Trzech Króli” przegapił, nic straconego. W repertuarze pojawi się jeszcze ubiegłoroczny „Sen nocy letniej” – spektakl, który podbił serca widzów i zebrał tysiące. To ostatnia okazja, by zobaczyć tę magiczną, szaloną komedię omyłek i namiętności, gdzie wróżki psocą, a mechanicy szykują teatralną katastrofę na królewski ślub. Michał Podsiadło w roli reżysera Kloca i Jakub Wons jako Podszewka – to duet, który rozkłada widownię śmiechem.
Na koniec
Gdy wiele scen kurczy się do grona stałych bywalców, „Szekspir w parku” szeroko otwiera okna – i wpuszcza trochę powietrza, życia i, nie bójmy się tego słowa, radości. Warszawa może być dumna, że posiada taki projekt. A teatr? Teatr może być wdzięczny, że jeszcze potrafi być nie tylko sztuką – ale też przygodą.
Do zobaczenia na trawie.
fot. ze strony www.szekspirwparku.pl